Tam, gdzie kręciły się Szczury, człowiek mógł się spodziewać kłamstw i manipulacji. Gdyby
to od niego zależa...
Przegapił ich. Wyrośli nagle wokół kobiet, jakby wyłaniali się spod ziemi, dwóch,
czterech, ośmiu, w szarych strojach, z kapturami na twarzach i dłońmi pieszczącymi rękojeści
długich noży. Uciekinierki uniosły głowy, dopiero gdy konie wydały z siebie ostrzegawcze
parsknięcia. Zatrzymały się, sięgnęły po broń.
Kenneth gwizdnął krótko „Do mnie!”, a kompania w biegu skręciła i wysypała się z lasu.
Byli jakieś sto pięćdziesiąt jardów od całej grupki, gdy błysnęły pierwsze ostrza. Jasnowłosa
ścięła się z jednym z napastników, jej szabla zamigotała w skomplikowanym młynku,
odbijając serię ciosów zadanych oboma rękami. Była dobra, udało jej się nawet zmusić
napastnika do cofnięcia się, ale wtedy dołączył drugi i to ona musiała odskoczyć, szukając
osłony dla pleców przy końskim boku.
– Strzelać!
Fenlo wyprzedził go już, sadząc długimi susami, nagle zatrzymał się niemal w miejscu,
przykląkł, wycelował. Jego kusza szczęknęła metalicznie, a jeden z mężczyzn atakujących
dziewczynę zakręcił się na pięcie, zatańczył w dziwacznym, pełnym drgawek tańcu i runął na
ziemię.
Nur, ten sukinsyn, nie bał się strzelać, choć mógł trafić jedną z kobiet.
Inni strażnicy mieli więcej rozsądku albo mniej zaufania do swoich umiejętności. Ich
bełty dosięgły trzech mężczyzn stojących nieco z boku, przy czym dwóch utrzymało się na
nogach, mimo że widać było trafiające ich pociski. Bergh zagwizdał serię szybkich dźwięków
i psy runęły naprzód.
Sytuacja się zmieniła. Napastnicy, wszyscy jak jeden mąż – Kenneth miał zapamiętać ten
widok na długo – odwrócili się ku atakującym żołnierzom. Na uderzenie serca zamarli i nawet
szabla wbijająca się w tułów jednego z nich nie zmieniła tego stuporu, a potem wybuchli
ciemnością. I ta ciemność, eksplodująca plamami inkaustu chluśniętego na bibułę,
wyskoczyła strażnikom naprzeciw, owinęła się wokół i pożarła.
Kenneth poczuł, że spada.
Uderzył o twardą powierzchnię z wysokości kilku stóp. Zadziałały odruchy nabyte przez
lata wspinania się po górach, gdy czasem grunt usuwa się spod stóp. Ugiął nogi, pochylił się
w przód i zamortyzował upadek przewrotem. I zaraz poderwał się, i pobiegł do przodu, tam
gdzie pośrodku niewielkiego, czarnego jak noc wzniesienia stały trzy konie, trzy kobiety i
kilku mężczyzn w szarych strojach.
Wokół niego spadała reszta kompanii. Przestrzeń pękała, wypluwając z siebie sylwetki
ludzi i psów. Wszyscy zaskoczeni, lecz nie gorsi od dowódcy, większość lądowała pewnie,
niósł ich jeszcze pęd biegu, więc po prostu odzyskiwali równowagę i biegli dalej, zgodnie z
rozkazem – pojmać kobiety, zabić atakujących je mężczyzn.
Ktoś krzyknął krótko, boleśnie, gdy nie udało mu się utrzymać na nogach, gdzieś
brzęknęła kusza, zwolniona nagłym skurczem dłoni. Ale Szósta szła do ataku, a psy, które nie
zwykły się dziwić, były już przy napastnikach i skakały do gardeł.
Błysnęły noże, lecz w tej samej chwili krótki gwizd przyhamował zwierzęta, szczęknęły
kolejne kusze, jeden z mężczyzn w szarościach szarpnął głową, z czoła wyrosły mu krótkie
lotki, dwóch innych zatoczyło się w tył, i już strażnicy starli się z obcymi. Na nogach
trzymało się tylko trzech z nich i tylko jeden nie był ranny.
Lecz widok kilkudziesięciu atakujących żołnierzy w ogóle ich nie powstrzymał.
Kenneth poczuł na języku słonożelazisty posmak, jakby nagle usta wypełniły mu się
krwią, a jeden z jego ludzi wyleciał w powietrze, dobre dziesięć stóp w górę, po czym runął
na ziemię z takim impetem, że kusza, którą miał na plecach, poszła w drzazgi. Szary zabójca
zakręcił się, jego noże zmieniły się w półprzejrzyste, matowe sfery, gdy odpierał atak dwóch,
trzech, a potem czterech żołnierzy jednocześnie. Wydawał się bawić, tańczyć, płynąć, twarz
ukryta w cieniu kaptura nie wyrażała żadnych emocji, nawet ironicznego skrzywienia warg,
luźny ubiór furkotał, szare klingi noży śpiewały, a Cerah, Wilk, Konus i Omne Wenk nie byli
w stanie przebić się przez jego gardę. Jakby bawił się, opędzając się od gromadki dzieci.
A potem Konus krzyknął krótko i wypuścił miecz, cofając się trzy szybkie kroki i
ściskając rozrąbane po wewnętrznej stronie przedramię, a Omne przyjął na swoją
piechociarską tarczę potężne kopnięcie, które wbiło mu jej górną krawędź w twarz i
przewróciło na ziemię.
– Do tyłu!
Ryk Fenlo Nura rozdarł przestrzeń, więc Cerab i Wilk odskoczyli w przeciwne strony, a
icb wróg zatrzymał się w pół ruchu i spojrzał w stronę, skąd dobiegł krzyk.
Prosto w kilka kusz mierzących w jego pierś.
Nie było propozycji poddania się. Zresztą, patrząc, jak obcy spina się i rusza w stronę
strzelców, Kenneth wiedział, że nie miałoby to sensu. Brzęknęły cięciwy i biegnący zatańczył
ostatni raz, w fontannach krwi i kości wyskakujących z pleców razem z ciężkimi pociskami.