– No dobra, zróbcie spocznij i zbierzcie się w kupę. Bliżej mnie, nie będę się darł na całą
tę piękną okolicę.
Kompania złamała szyk, żołnierze ustawili się w luźny półokrąg.
– Sytuacja wygląda tak, że nie wiemy, gdzie jesteśmy. – Kenneth machnął dłonią wokół.
– Jeśli któryś z was słyszał o takim miejscu, niech mówi.
Odczekał trzy uderzenia serca.
– Dobrze. Ja też nie. Pamiętam za to, że fala czarów, która nas tu rzuciła, pochodziła od
tych szarych bękartów. Wilk, czego się o nich dowiedziałeś?
Szczupły zwiadowca chrząknął, przez chwilę wyglądało na to, że splunie na ziemię.
– Niczego.
Kenneth pochwycił spojrzenie Nura, zdziwione i jakby lekko rozbawione.
– Co to znaczy, niczego?
– Nie wiem, kim są, panie poruczniku. Nie wiem, skąd pochodzą, materiał ich ubrań ma
splot, który widzę pierwszy raz w życiu, buty są zrobione z jednego kawałka skóry, której nie
potrafię rozpoznać, broń jest dziwna. Metal wypolerowano, ale mimo to pozostał matowy, z
tym szarym odcieniem...
Wilk zamilkł, poruszył szczęką, jakby przeżuwał wyjątkowo gorzki owoc.
– I oni... ale tego nie jestem pewien...
– Chodzi mu o to, że to nie są ludzie – wygłosiwszy to stwierdzenie głosem ciężkim jak
granitowy głaz, Fenlo Nur stanął w lekkim rozkroku i założył ręce na piersi. Ale jeśli
szykował się do kłótni, Kenneth musiał go rozczarować.
– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał spokojnie.
Młodszy dziesiętnik uniósł otwartą dłoń.
– Mają dodatkowy staw w palcach. Wszyscy. I brak im włosów na ciele poza głową,
brwiami i rzęsami. Żaden nie musiał się golić.
Kenneth uniósł brwi.
– Oglądałeś ich całych?
– Tylko dwóch. Żeby się upewnić. Reszcie sprawdziłem dłonie i stopy. W palcach stóp
mają z kolei o jeden staw mniej, choć są one tak samo długie jak u nas. Powiedziałbym też, że
coś jest nie tak z ich mięśniami. Jakby były przyczepione do kości w innych miejscach, ale
mogę się mylić. Tu potrzeba by medyka, uzdrowiciela albo czarownika, żeby ich obejrzał.
– Wilk?
Góral pokręcił głową.
– Nie wiem, panie poruczniku. Dziesiętnik mówi prawdę, coś z nimi jest nie tak, ale czy
to na pewno nie ludzie? U mnie w wiosce jest rodzina, gdzie co drugie dziecko rodzi się z
sześcioma palcami. Ale to i tak dobrzy górale. Może gdzieś na świecie są ludzie, którzy mają
więcej stawów? Za mało wiemy.
– Dlatego mówię, że tu potrzeba czarownika. – Fenlo Nur energicznie pokiwał głową.
– Kogoś takiego to my akurat nie mamy, dziesiętniku. Co jeszcze znaleźliście?
– Nie mieli zapasów. Żadnego jedzenia ani wody. Tylko ubrania i broń. Powiedziałbym,
że jedno i drugie nie za bardzo nadające się w góry.
– Cóż, wygląda na to, że góry nie były ich celem.
– A co, panie poruczniku?
– A jak myślisz? My, Szczury, Bękarty, no i jeszcze oni. I jeden cel.
Wzrok dziesiętnika powędrował na wzgórze.
– Może je grzecznie zapytać?
– Coś mi się wydaje, że jedyna osoba znająca odpowiedź jest jakby nieobecna. Więc na
razie nie pytamy. Ale będziemy bardzo pilnować, żeby nam nagle nie znikła. Zrozumiano?
Pokiwali głowami.
– Opatrzyć zadrapania i siniaki, szykujemy się do drogi. Sprawdzić, ile macie żywności i
wody. Oszczędzamy. Jesteśmy na terenie wroga, więc oczy i uszy otwarte. Bergh, co mówią
psy?
– Nie podoba im się tu, panie poruczniku. Węszą bez przerwy i są podenerwowane.
– Zauważyłem. Każ ludziom wziąć je na smycz. Niech nie biegają swobodnie, póki nie
zorientujemy się, gdzie jesteśmy.
– Rozkaz.
Bergh zasalutował.
– Za kwadrans wyruszamy w stronę tamtych wzgórz. – Kenneth wskazał majaczące na
horyzoncie czarne zęby. – Trudno ocenić odległość, ale chcę tam być przed zmrokiem.
Obejrzał się na wzniesienie.
– Dobra. Rozejść się.
Kobiety tkwiły w tym samym miejscu, w którym je zostawił. Zdążyły namówić
szlachciankę do zejścia na ziemię i rozkulbaczyć konie. Wycierały teraz i gładziły ich boki.
– Dużo przeszłyście.
– Sporo. – Blondynka najwyraźniej była bardziej wygadana. – Gdybym wiedziała, że za
nami idą...
– To co?
– Nie wiem... spróbowałabym czegoś. I na pewno nie dałabym się wziąć żywcem. Nie po
zamku.
Pokiwał głową. Wciąż miał przed oczami obraz obdartej ze skóry wiewiórki.
– To oni na niego napadli?
– Tak. Szukali jej. – Wskazała siedzącą na ziemi hrabiankę.
– Wiecie dlaczego?
– Cóż. – Tym razem czarnowłosa uśmiechnęła się dziwnie. – Kimkolwiek jest, z
pewnością nie pochodzi ze starej arystokracji. Ani ona, ani jej służąca. Zrobiły coś z hrabią i
wszystkimi ludźmi w zamku. Coś tu... – Postukała się po skroni. – Oni nie wiedzieli, co się
dzieje w górach, nie mieli pojęcia o mordach, zniknięciach, o niczym. To trudne czary.
– Dlaczego to zrobiły?
Pokręciły głowami. Obie jednocześnie.
– Jeszcze nie wiemy. To, co mówiła po drodze, to jakiś bełkot. Ale właśnie tego
miałyśmy się dowiedzieć dla Szczurów. Dlaczego większość mordów i zniknięć ma miejsce
w pobliżu ziem hrabiego.
– I Kehlorenu.
Kailean pokręciła głową.
– Kehloren nie był ważny. W jego pobliżu dochodziło do zabójstw tylko dlatego, że pod
bokiem znajdował się zamek hrabiego. Tak sądzę. Myślę, że oni – wskazała na trupy –