próbowali ją znaleźć, wywabić z kryjówki, skłonić do ruchu. A gdy wreszcie znaleźli,
uderzyli. Ale kim są i dlaczego na nią polują, nie wiem.
Szlachcianka parsknęła krótkim śmiechem, tak nagle, że aż podskoczyli.
– Bo miłość matki nie zna granic, a każde jej dziecko otoczone jest nią od narodzin do
śmierci. Będzie chciała z powrotem przytulić do piersi je wszystkie. Żywe lub martwe.
Myślałam – zaczęła szeptać – przez chwilę myślałam, że uciekniemy, że o nas zapomniała.
Umilkła. Jej spojrzenie znów stało się szkliste.
– Widzisz? Przez ostatnie godziny wysłuchujemy tylko tego. Matka i matka.
– Trzeba było wydać ją Szczurom. Od razu.
Twarz Kailean stwardniała.
– Obiecałam.
Kenneth po raz pierwszy przyjrzał im się uważnie. Miały na sobie potargane, ubrudzone
sukienki i coś, co najprawdopodobniej było lekkimi pantoflami, nim trudy wędrówki nie
zmieniły tego w obszarpane łapcie trzymające się na kilku paskach skóry. Musiały być
naprawdę zdeterminowane, skoro tak daleko zaszły.
– Szczerze mówiąc, liczyłyśmy na to, że w miejscu, gdzie trafimy, znajdziemy jakieś
odpowiedzi. – Daghena spojrzała mu prosto w oczy. – Coś się wydarzyło w tych górach parę
lat temu. Coś, co zabiło kilkuset dorosłych, zdrowych ludzi. I sądzę, że od tego właśnie się
zaczęło. A jeśli oddałybyśmy ją Szczurom, nigdy byśmy się nie dowiedziały. Rozumiesz?
– Mniej więcej. Więc ci zabójcy ścigali was od zamku aż tutaj? Przez całe góry?
Popatrzyły po sobie, zdziwione.
– Znaleźliśmy ich ślady w pobliżu waszego ostatniego obozu. Dobrze, że zdołałyście
uciec aż tak daleko. – Uśmiechnął się. – Gdyby nie szczęśliwy traf, pewnie was też by
zamordowali. Ale nie będziemy o tym teraz rozmawiać.
To niezła linia obrony, jeśli kiedykolwiek staną przed szczurzym Trybunałem. Nie
porwanie, lecz ucieczka przed zabójcami i próba ocalenia życia jedynemu świadkowi. Ale
niech same sobie to poukładają.
– Wasze konie dadzą radę iść?
– Jeszcze jakiś czas. Ale niezbyt szybko.
– To dobrze, bo ja nie mam zamiaru z nikim się ścigać. Pójdziemy w stronę tamtych
wzgórz. Może stamtąd da się rozejrzeć po okolicy. – Omiótł dziewczyny wzrokiem. – Ile
macie wzrostu?
W zapasowych rzeczach znaleźli dla nich portki, luźne koszule i skórzane kurtki.
Największy problem był z butami, żaden strażnik nie miał tak małych stóp, musiały więc
zostać w pantoflach dobrych do chodzenia po pałacu, owiniętych dla wzmocnienia kilkoma
skórzanymi paskami. Jedynie hrabiankę zostawili w tym, co miała na sobie, i tak będzie
podróżować konno.
Zostawiły sobie broń zabraną z zamku.
– Dobrze. Ruszamy!
Kompania ustawiła się w luźnym szyku, najpierw kilku ludzi z psami, potem trzy
dziesiątki, konie i reszta Szóstej zamykająca kolumnę. Teren był równy, płaski jak toń jeziora
w bezwietrzny dzień. Gdzieniegdzie wznosiły się niewielkie pagórki. Nic więcej. Żadnych
kamieni, głazów, żwiru, żadnych śladów roślinności, mchów, porostów, traw. Tylko gładka,
czarna równina ciągnąca się we wszystkie strony. W takim terenie wzrok mamił i zwodził,
trudno było ocenić rzeczywiste odległości, brakowało perspektywy, punktu odniesienia, który
ułatwiałby orientację. Czarne wzgórza na horyzoncie były jeszcze zbyt odległe, by dało się
określić ich wielkość, jednak w zasięgu ich wzroku nie znajdowało się nic innego, zmierzali
więc w tamtą stronę.
Po godzinie marszu Kenneth zorientował się, że Fenlo Nur konsekwentnie przesuwa się
w jego stronę. Po kilku chwilach maszerowali ramię w ramię.
– Coś cię dręczy, dziesiętniku?
– W którą stronę idziemy, panie poruczniku?
– To znaczy?
– Północ, wschód, południe? Jaki kierunek?
Kenneth uniósł brwi i posłał mu kwaśny uśmiech.
– Wydaje ci się, że ty jeden masz łeb na karku? Bez słońca albo gwiazd nie ustalimy
kierunku, ale jeszcze nie wiemy, czy słońce tu zagląda. Na razie idziemy w miejsce, gdzie
będziemy się czuć jak w domu.
– Bo to wzgórza?
– Właśnie. Lepsze do tego, żeby założyć obóz, rozejrzeć się i odpocząć. Miejsce, gdzie
nie będziemy wystawieni na atak jak mrówki na podłodze.
– Ale...
– Nur, zamknij się, dobrze? Przychodzisz do mnie niby zaniepokojony czymś dziwnym, a
tak naprawdę chcesz, żebym wytłumaczył ci się ze swoich decyzji. A nie przyszło ci
dziesiętniku do tego tępego łba, że nie tylko ty masz tutaj prawo oceniać? Sądzisz, że
zapomniałem o waszym zaginionym dowódcy? Postawię resztę swoich dni, że maczałeś w
tym palce. Prawie się posrałeś ze strachu, gdy wozacki czarownik wspomniał o twoich
tajemnicach. – Kenneth nie spojrzał na Nura, ale wyczuł, że tamten spiął się cały. – Wydaje ci
się, że jesteś w czymś lepszy od reszty? Mam ludzi, którzy tropią tak samo dobrze jak ty, tak
samo dobrze strzelają z kuszy i tak samo dobrze walczą. Jeśli wiesz o tej równinie coś, co