może nam pomóc, mów. Jeśli nie wiesz nic, milcz. Boisz się, że nie trafimy z powrotem w
miejsce, skąd wyskoczyliśmy?
Chwilę szli w milczeniu.
– To było pytanie, na które masz odpowiedzieć, Nur.
– Tak, panie poruczniku. Tego się obawiam. Tam, gdzie jest wejście, musi być i wyjście.
– Powiedział lis po wpadnięciu do dziury. Myśl, dziesiętniku. Oni nas tu ściągnęli.
Dlaczego?
– Może nie mogli inaczej?
– Może. Ale jeśli wróg pośle cię w jakieś miejsce, ty natychmiast to miejsce opuść. Jeśli
na nasz widok nie próbowali uciec, tylko rzucili czar, który nas tu wessał, to znaczy, że coś
chcieli przez to osiągnąć. Wyruszyłbym stamtąd, nawet gdyby nic nie było w zasięgu wzroku.
Wracaj do swojej dziesiątki i rozglądaj się, jak wszyscy. To rozkaz.
Nur skinął głową, po chwili zasalutował i odszedł.
Kenneth zgrzytnął zębami. Podoficer zaczynał mu działać na nerwy.
Rozdział 3
Drewniana piła wykrawała w cielsku atakującej armii krwawe bruzdy.
Przynajmniej tak to wyglądało z góry, ze szczytu rampy. Rogaty Gród otaczała już
szkarłatna wstęga martwych i umierających ciał, koni i ludzi, a każdy atak tylko ją poszerzał.
Koczownicy uderzali w różnych miejscach, z różnym impetem, czasem tylko cwałując
wzdłuż linii wozów i szyjąc z łuków, czasem rzucając się do frontalnych ataków, by
sprawdzić zaciętość i determinację obrońców. Ot, zwykła przepychanka, próba sił.
Wszędzie napotykali zdecydowany opór. Łuki i kusze pracowały bez przerwy, machiny
miotające, głównie lekkie balisty, posyłały pociski na setki kroków, ściągając z siodeł tych
napastników, którym wydawało się, że są bezpieczni. Trudno było stwierdzić, ilu Wozaków
ucierpiało, lecz z pewnością mniej niż Se-kohlandczyków. Wydawało się, że decyzja o
postawieniu Rogatego Grodu była słuszna.
Koczownicy przybyli pod wieczór poprzedniego dnia i wypełnili noc wrzaskami, wyciem
i płonącymi strzałami przecinającymi niebo jak deszcze spadających gwiazd. Lecz bojowe
wozy budowano z desek miesiącami moczonych w solance, aż drewno pociło się
kryształkami soli. Trudno było je podpalić, a obrońcy szybko nauczyli się mierzyć w ogniki
płonące przy ziemi. Przez całą noc obie strony obmacywały się pociskami, a gdy świt
wyzłocił nieboskłon, okazało się, że Se-kohlandczycy wykorzystali ten czas do rozbicia
własnego obozu. I dopiero wtedy zaczęli szukać luk w ścianie wozów.
na całą wyżynę, rozłożony u stóp Olekadów obóz i otaczającą go armię. Dwadzieścia tysięcy
konnych, może trochę więcej, a za nimi olbrzymie obozowisko pełne namiotów, koni, kobiet,
starców i dzieci.
Kyh Danu Kredo oszukał wszystkich. Gdy jego a’keer zaatakował budowniczych,
plemiona koczowników były już ledwo dwadzieścia mil na północny wschód od rampy, w
miejscu, gdzie nikt się ich nie spodziewał. Syn Wojny musiał ozdobić trasę swojej wędrówki
porzuconymi wozami, padłymi zwierzętami i wszystkim, co go opóźniało, by osiągnąć takie
tempo. I bogowie wiedzą, jak udało mu się ukryć taką masę ludzi przed wzrokiem
obserwatorów stojących na szczycie rampy, ale się udało. A potem postawił wszystko na
jeden sztych, nocny atak i zmanipulowane zeznania jeńców osiągnęły wyznaczony cel,
rydwany obozów New’harr i Aw’lerr ruszyły na południe, szukając koczowników tam, gdzie
ich nie było, i teraz inicjatywa należała do Se-kohlandczyków.
Rogaty Gród mógł się bronić, lecz nie mógł kąsać dalej niż zasięg strzały balisty. A
Wozacy – co napełniało ich szczególną goryczą – mogli tylko patrzeć, jak koczownicy
nadciągają i spokojnie rozbijają swój obóz. Gdyby mieli choć trzy, cztery Fale, plemiona
Danu Kreda nie ośmieliłyby się podejść tak blisko, z obelżywym wprost lekceważeniem,
musiałyby rozbić obozowisko dalej, w obawie przed kontratakiem. Minie jeszcze co najmniej
dzień, nim zza gór spłynie dość posiłków z innych karawan, by stanowiły realną siłę. A do
tego czasu koczownicy otoczą ich obóz kręgiem zasieków, płytkich rowów i pułapek, które
zatrzymają rydwany. Rów szeroki na trzy stopy i głęboki na dwie nie jest żadną przeszkodą
dla konnicy. Dla rydwanu zaś stanowi barierę nie do przejechania. Nie można go pokonać
nawet stępa, załoga musi wysiąść, powoli przeprowadzić konie i przenieść swój pojazd
ręcznie. Rzecz trudna do wykonania, gdy ktoś szyje do ciebie z łuku.
Emn’klewes Wergoreth rozejrzał się, przysłaniając dłonią oczy. Słońce wschodziło,
oślepiając i jego, i And’ewersa, choć kowal ledwo zmarszczył brwi.
– Mógłbyś choć udawać, że cię razi.
– Gdy godzinami wpatrujesz się w palenisko, czekając, aż żelazo przybierze odpowiednią
barwę, oczy się przyzwyczajają.
– To jak określisz tę barwę?
– Za gorące, musi ostygnąć.