jeźdźców – to on sprawował pełną władzę nad Ścianą Wozów. Oko Węża mógł tylko

doradzać. Mimo to Emn’klewes zabrał And’ewersa na górę. W końcu nie przebyli gór, by

wydać koczownikom bitwę u ich stóp. En’leyd musiał ocenić, jak i gdzie należy uderzyć, by

przerwać oblężenie. I to zanim przybędzie reszta Se-kohlandczyków. Z siłami jednego Syna

Wojny mieli jeszcze szansę wygrać. Gdy nadejdą kolejni... Wozacy mogliby powrócić do

Imperium tylko jako żałośni buntownicy, korzący się przed Cesarzem i błagający o

wybaczenie. A Cesarz, chcąc zachować pozory, musiałby ich ukarać. Zresztą gorycz tej myśli

była niemal nie do zniesienia – jakie pozory, Meekhan nigdy nie szanował przegranych,

zwłaszcza tych, którzy okazali się tchórzliwi i nieudolni.

– Południowa i północna strona. – And’ewers wskazał na prawo i lewo. – Tuż przy

górach. Dobry teren dla rydwanów. I nie można kopać głęboko, bo natrafia się na skałę. Dziś

wyprostowałbym tam zęby w dwóch albo trzech miejscach. Wozy będzie można szybko

rozpiąć i wypuścić atak.

– Oni też o tym wiedzą.

W poprzek ścian Olekadów koczownicy postawili już zasieki z gęsto plecionej wikliny i

wykopali rowy, długie na dziesiątki jardów, płytkie, ale ze stromymi ścianami, by zatrzymać

wozy i rydwany. Podobnie sprawa miała się z zaostrzonymi palami. Odpierając atak konnicy,

trzeba je wbijać co stopę, najwyżej co dwie, nie szerzej niż na końską pierś; rydwan

powstrzyma rząd trzy razy rzadszy. Jak wbijesz pale co cztery, pięć stóp, twoja jazda będzie

mogła przez nie przenikać jak woda przez sito, tam i z powrotem, a wozy osadzą się niczym

piasek. Pętla zaciskała się wokół obozu jak setka jedwabnych nici, każda delikatna, lecz

wszystkie razem mogły zdławić go bez najmniejszego problemu.

Kolejny atak nadszedł właśnie wzdłuż gór. Kilkuset jeźdźców uderzyło z tamtej strony,

wyjąc, krzycząc i wypuszczając tysiące zapalonych strzał, które niczym maleńkie komety

leciały w stronę wozów, ciągnąc za sobą warkocze dymu.

Obóz przyjął je spokojnie na opancerzone boki i odpowiedział salwą z łuków i kusz.

Koczownicy zakłębili się, zakrzyczeli jeszcze głośniej i odskoczyli, zostawiając na przedpolu

kilkanaście ludzkich i końskich ciał. To było tyle, co nic, zwykła zabawa, by rozproszyć siły

obrońców, by ci nie wiedzieli, gdzie nastąpi główny szturm. A jeśli uda się przy okazji coś

podpalić, tym lepiej.

– Dobrze, że się nie wahają. – Emn’klewes patrzył na zabite zwierzęta.

– Dobrze.

Tego się obawiali najbardziej. W czasie pierwszej wojny z koczownikami dwa obozy

poddały się, bo ich obrońcy nie mieli serca strzelać do koni. Zwłaszcza gdy koczownicy

zrobili z nich żywe tarcze, pędząc przed sobą, dla ochrony przed strzałami, tabuny klaczy ze

źrebakami. Jednak młode pokolenie, wyrosłe na pograniczu, nie miało takich oporów. Później

odprawią odpowiednie modły, teraz jednak konie były takim samym wrogiem, jak ich

jeźdźcy.

And’ewers powiódł wzrokiem wzdłuż sznura ciał leżącego przed wozami.

– Oni się z nami tylko droczą.

Kowal miał rację. Jak na trwające pół dnia i całą noc ataki, straty koczowników były

niewielkie, łącznie około czterystu, może pięciuset ludzi i tyle samo koni. Nawet te kilka

bezpośrednich ataków, które przywiodły jeźdźców wprost pod szable i topory obrońców,

okazało się niezbyt groźne. Kyh Danu Kredo przygotowywał się do poważnego szturmu i do

tego czasu musiał czymś zająć obrońców.

– Jak zobaczą, że prostujemy ściany, wzmocnią obronę. – Boutanu wrócił do przerwanej

rozmowy.

– Wiem. Ale nie chcę wyprowadzić Fal, tylko Węża. Po dwieście wozów z każdej strony.

Karawana wzdłuż ściany gór, przebijająca się przez umocnienia. Chroniąca piechotę, która

będzie wyrywać pale i zasypywać rowy. I dopiero wtedy wysłać rydwany. Najwyżej dwie

Fale z każdej strony. Na boki, otoczyć obóz, uderzyć na tabuny i stada, popędzić zwierzęta na

namioty. – And’ewers rozłożył ramiona i zatoczył nimi krąg. Mówił w anaho, wysoka mowa,

av’anaho, nie była przeznaczona do wyłuszczania bitewnych planów. – A gdy skupią się na

tych atakach, uderzyć z przodu. Szybko. Też najpierw piechota, tarczownicy usuwają

tamtejsze pale i zasieki, wyrównują dziury – żeby zasypać takie rowy, wystarczą worki z

ziemią albo deski powiązane ze sobą, przerzucone górą. A po nich idą do ataku rydwany.

Siedem, osiem Fal, pełną siłą. I zaraz za nimi piechota, żeby zająć obóz koczowników i od

razu wyrwać z jego czołowej ściany część wozów, żeby tą wyrwą posłać im do wsparcia dwa

mniejsze Pancerne Węże. Se-kohlandczycy są jak woda, można ich rozbić, ale zawsze będą

próbowali zebrać się z powrotem. Lecz jeśli nie będą mieli się gdzie skupić, pójdą w

rozsypkę.

– Minie trochę czasu, nim zza gór dotrze tu dziesięć Fal. Będziemy je mieli najwcześniej

pojutrze o świcie.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги