– Wiem. Dlatego zgodziłem się na Rogaty Gród. Twoja głowa w tym, żebyśmy się

utrzymali.

Emn’klewes spojrzał na kowala, potem na oblężony obóz i znów na kowala.

– Długo nad tym myślałeś?

And’ewers westchnął i powiedział:

– Jeż i lis.

– Jeż i lis?

– Gdy byłem młody, gdy wędrowaliśmy w karawanie, rozbiliśmy raz obóz nad rzeką.

Spotkałem tam młodego lisa, który natknął się na ścieżkę używaną przez jeże. Lis był chudy i

bardzo głodny, i bardzo chciał na nie zapolować. Dobrze się bawiłem, obserwując tego

młodzika, jak próbuje wąchać, kąsać, przewracać je na grzbiet. Jeże, jak to jeże, zwijały się w

kłębek i czekały, aż lis się znudzi. Pierwszego dnia miał nos i pysk pokłuty w stu miejscach. –

Tym razem to av’anaho tańczyła w dłoniach And’ewersa; to była właściwa historia dla

splecenia anaho z mową gestów. – Drugiego dnia próbował trącać je łapą, raz jedną, raz

drugą, kłuł się, skomlał i piszczał. Ale odkrył, że może potoczyć jeża po ziemi. Trzeciego

dnia szedł za jednym kolczastym aż nad rzekę, nie próbował go złapać, tylko patrzył. A

czwartego potoczył jeża w dół, po ścieżce, aż do wody, a gdy ten rozwinął się, żeby nie

utonąć, i zaczął pływać, lis zanurkował i wgryzł mu się w brzuch. I po kilku dniach nie było

już chudego lisa i mnóstwa jeży, tylko tłusty lis i zaledwie kilku kolczastych wędrowców.

Dopiero wtedy znów zaczął chudnąć.

– No tak, zjadł większość jeży.

– Nie dlatego. Obrósł tłuszczem tak bardzo, że nie mógł nurkować i przez pewien czas

pływające jeże były bezpieczne.

Boutanu zaśmiał się głośno, szczerze. Ale And’ewers mu nie zawtórował, odezwał się

tylko w anaho:

– Zacząłem o tym myśleć, zanim wyruszyliśmy ze Stepów. Byłem młody w czasie

pierwszej wojny, ale pamiętam jedno, nie wygrywa się samą obroną. Obóz, który odeprze

atak, nie zwycięży wroga, tylko nauczy go kilku nowych rzeczy. Tak jak jeże uczyły lisa, jak

je podejść. Aż w końcu koczownicy znajdą nasz słaby punkt. Spójrz teraz, schwytali nas w

miejscu, gdzie nie ma wody. Na razie możemy ją dostarczać rampą, z drugiej strony gór, ale

to ledwo starczy. Pijemy my i zwierzęta, polewamy burty i dachy wozów, tysiąc beczek

dziennie musi zjechać na dół, by nas nie złamali pragnieniem. A gdy ściągniemy rydwany z

innych obozów, będziemy potrzebowali pięć tysięcy beczek dziennie. Rampa zacznie

pracować tylko po to, by wypełnić nasze gardła.

– Potem będzie jeszcze gorzej, przecież wiesz.

– Wiem. Już o tym rozmawialiśmy. Ale nie mamy wyjścia – albo siła, albo wolność

wyboru drogi. Naprawdę chciałbyś wjechać na wyżynę w obozach po tysiąc wozów i jedną

Falą do osłony? Ale teraz to nieważne. Ważne jest, że nie możemy być jeżem, który czeka, aż

lis się znudzi. Ten lis się nie znudzi, bo musi nas pokonać. I w końcu znajdzie na to sposób.

Jeśli damy im czas, zbudują własne machiny oblężnicze, zrobią podkop, złożą ofiarę z tysiąca

koni i przywołają hordę demonów, której nasi czarownicy nie powstrzymają. Meekhańczycy

mówią, że nie można wybudować niezdobytej twierdzy, a wojen nie wygrywa się czekaniem.

I ja im wierzę. Musimy uderzać.

– Rada Obozów może nie poprzeć tego planu.

– Rada? A od kiedy to Rada decyduje na polu bitwy? Czy tak mamy postępować?

Zwoływać Radę za każdym razem, gdy napotkamy jakieś trudności? Będziemy przed każdą

bitwą wysyłać posłów do koczowników, prosząc o czas na zebranie Rady? Obóz New’harr

miał otworzyć nam drogę do domu. Sam prosiłeś o ten zaszczyt, pamiętasz? I co teraz?

Zamkniemy się w Rogatym Grodzie i będziemy czekać, aż nas złamią? Albo skończą nam się

zapasy? Ty jesteś Boutanu, ty decydujesz, jak nas bronić. Więc decyduj.

Kowal cedził słowa przez zęby, nie odrywając wzroku od walczącego obozu. Właśnie

kolejny a’keer odskakiwał, zostawiając na zdeptanej ziemi kilkanaście trupów.

– Oni wrócą. – Emn’klewes wykonał gest, jakby chciał położyć mu rękę na ramieniu, ale

powstrzymał się w ostatniej chwili.

And’ewers sapnął jak poruszony żelazną ręką miech i zacisnął pięści.

– To była moja decyzja – warknął. – To ja ich tam wysłałem. Dwanaście tysięcy ludzi.

Zachowałem się jak dziecko.

– To była nasza decyzja – poprawił go Boutanu. – Twoja, moja i Awe’aweroha. Gdyby

któryś z nas był przeciw, nie wysłalibyśmy ich tam. Zresztą, jest z nimi Orne, a jej gniewu

boją się demony ognia. Gdyby wpadli w kłopoty, zobaczylibyśmy, jak niebo płonie.

– Przyjacielu...

Słowo zawisło między nimi i krępy mężczyzna nie wiedział, czy ma się obrazić, czy

poczuć doceniony. Anaho miała liczne zalety, a największa z nich kryła się w

niedopowiedzeniach.

– Przyjacielu. – Pięści kowala zatrzeszczały. – Patrzysz na krew na śniegu i nie widzisz

trupa. Patrzysz na koczowników szykujących się do długiego oblężenia i nie widzisz

pewności w ich spokoju. Oni wiedzą, że nasze rydwany są poza obozem, w końcu sami je z

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги