niego wywabili, lecz nie okazują żadnego zaniepokojenia. Nie budują dodatkowych umocnień

na zewnątrz, nie wysłali konnej armii na południe. Założę się o moje rodowe konie, że Kyh

Danu Kredo jest pewien, iż oni przepadli. Zastawił na nich pułapkę, z której nie mają wyjść

żywi. I to moja wina. Tylko moja.

* * *

Strzały zaświstały, załomotały gradem o wysokie burty, część przemknęła nad bojowym

wozem, ciągnąc za sobą smugi dymu i furkocząc w powietrzu. Frrrrrr. Frrrrr. Frrrrr.

Płomienie uwieszone grotów nie chciały zgasnąć, namoczone w żywicy kłębki szmat

uwiązane za grotami sypały iskrami i paliły się nawet wtedy, gdy strzała spadła nieszkodliwie

na ziemię. A nie wszystkie spadały na ziemię, koczownicy zmienili taktykę, część pocisków

posyłali wysoko nad pierwszą linią, aż niektóre sięgały wozów mieszkalnych. Sto kroków to

za mało, by zapewnić bezpieczeństwo.

Wozy mieszkalne nie były tak ognioodporne jak bojowe, więc większość dachów i burt

obłożono mokrymi pledami, a drużyny ochotników, chroniąc się za wiklinowymi tarczami,

biegały między nimi i gasiły pociski. Także te wbite w tarcze i własne ciała. Każdy musiał

być w jakiś sposób pożyteczny, w oblężonym obozie nie było miejsca dla obiboków i małych

tchórzy.

Key’la biegała zygzakiem. Bieganie zygzakiem mogło zmęczyć, ale było dużo

rozsądniejsze niż próba skracania sobie drogi. Skracanie drogi skutkowało płonącymi

strzałami w tarczy. Albo w tyłku. Tę prawdę wbiła jej do głowy Nee’wa, gdy zmieniały się na

posterunku. „Trzymaj tarczę nad głową i nie oddalaj się od wozów” – powtórzyła tyle razy, że

wyglądało to na jakieś zaklęcie. „Twoim ojcem może być En’leyd całego obozu, lecz to

znaczy tylko tyle, że masz się bardziej starać”. Więc wszystkie trzy starały się, zgłaszając na

ochotnika do roznoszenia wody i posiłków wśród załóg wozów bojowych. Oraz do

przenoszenia informacji.

Key’la miała pod „opieką” sawo’leyd – Małego Węża, najmniejszy samodzielny oddział

wozów bojowych – dwadzieścia pojazdów. Tyle pozwalało utworzyć czworobok o szerokości

pięciu wozów, wewnątrz którego swobodnie mieściły się wszystkie konie. Ojciec kiedyś

tłumaczył to chłopcom, a ona przysłuchiwała się, udając, że szyje. Cztery wozy bojowe

mogły utworzyć czworobok chroniący jeden ol, czyli pole. Ale te wszystkie wozy były

ciągnięte przez szesnaście koni, a na jednym ol mieściły się najwyżej cztery zwierzęta. Czyli

jeden zaprzęg potrzebował jednego pola dla swoich koni. Więc ile najmniej wozów bojowych

potrzeba, by mogły chronić skutecznie własne zaprzęgi? Jej bracia byli tak tępi, że ona

zdążyła policzyć to z dziesięć razy, zanim jeden z bliźniaków nieśmiało zapytał – szesnaście?

Oczywiście, że tak. Lecz przy szesnastu wozach cała przestrzeń wewnątrz takiego małego

obozu jest wypełniona końmi. Nie ma się jak poruszać, a zaprzęganie i wyprzęganie zwierząt

to mordęga. Więc najmniejszym samodzielnym oddziałem wozów bojowych jest liczący

dwadzieścia pojazdów Mały Wąż pod dowództwem Hawereh, czyli „zaskrońca”.

Dwadzieścia wozów może ustawić czworobok obejmujący dwadzieścia pięć ol, na którym

zmieszczą się wszystkie konie i będzie dość miejsca dla ludzi. A w Rogatym Grodzie

dwadzieścia wozów tworzy dwa zęby, dwa trójkątne szańce, niczym kły szczerzące się na

wroga.

Dlatego Key’la musiała biegać zygzakiem. Prosto, zakręt, prosto, zakręt, prosto, zakręt,

prosto i z powrotem.

Oczywiście nie chodziło o linię wozów, tylko o strzały. Niektóre leciały tak ostrym

łukiem, że spadały ledwo kilkanaście kroków za pojazdami. Gdyby chciała skracać sobie

drogę, musiałaby biegać przez ostrzeliwany teren. Trasa wzdłuż linii wozów była

bezpieczniejsza, choć i na niej znalazła, ledwo stopę czy dwie od burt, kilka dymiących

kikutów strzał. Te musiały spadać niemal pionowo, a wbite w ziemię, płonęły przez chwilę

jak małe pochodnie. Dlatego też dostała odpowiednie wyposażenie.

Nosiła wiklinową tarczę, wystarczająco lekką, by mogła z nią biegać, i wystarczająco

odporną, by powstrzymać spadający stromym lotem pocisk. Do tego kubrak z wołowej skóry,

bez rękawów, obszyty na zewnątrz pikowanym płótnem. Nee’wa zapowiedziała, że będzie jej

w tym gorąco, ale jeśli zdejmie pancerz, to użyje jej głowy jako kowadła, a sama będzie walić

młotkiem. Miała rację, było gorąco jak w kuźni. Po przebiegnięciu kilka razy wzdłuż wozów

Key’la ledwo mogła się ruszać, pot zlepiał jej włosy i z trudem łapała oddech.

Tarczę trzymała jedną ręką nad głową, drugą przyciskała do piersi dwa bukłaki z

rozcieńczonym winem. Na plecach niosła przytwierdzony rzemieniami wiklinowy koszyk z

jedzeniem. Całość, pancerz, tarcza i zapasy, ważyła prawie połowę tego, co ona sama. Miała

nieodparte wrażenie, że jak pobiega jeszcze trochę, zmieni się w wysuszony na wiór szkielet

obciągnięty pomarszczoną skórą.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги