To była jej trzecia tura dzisiaj. Biegała wzdłuż wysokich burt, wchodziła do środka,

zrzucała bukłaki i kosz z jedzeniem i wracała po zapasy dla następnej załogi. Przy pierwszym

wozie zostawili jej wózek wypełniony jedzeniem i piciem, była za mała, by go ciągnąć, więc

biegała tam i z powrotem. Taki los kulawego źrebięcia.

Koczownicy wypuścili kolejną salwę, furkot nadlatujących pocisków brzmiał niemal jak

trzepot skrzydeł małych ptaszków. Przykucnąć, tarcza nad głowę, skulić się. I czekać na

właściwą kolejność, najpierw szybki, głuchy stukot o burty wozów bojowych, potem frrrr,

frrrr, frrrr strzał mknących ku drugiej linii, i trzecia fala, lecąca wysokim łukiem prosto w

niebo, by spadając niemal pionowo, razić obrońców z góry. Te zawsze były ostatnie, więc

nauczyła się czekać, póki nie usłyszy ich dźwięku. Frrrr, pac, frrrr, pac, pac, pac, pac,

pociski wbijały się w miękką ziemię z takim odgłosem, jakby wielki kot walił łapą w worek

wypełniony mokrą mąką. Sama nie wiedziała, skąd takie skojarzenie, ale gdy kuliła się pod

tarczą, zamykając oczy, widziała go wyraźnie – wielki, tłusty kocur bawiący się workiem z

mąką. Przynajmniej był to miły obrazek.

I wtedy kocur walnął łapą w jej tarczę. Zasyczało, zaskwierczało, rozszedł się swąd

palonej żywicy i coś ukłuło ją w rękę, którą trzymała osłonę. Prawie krzyknęła i prawie

poderwała się na nogi, ale strzały nadal spadały wokół, więc zagryzła wargi, licząc do

dziesięciu, i dopiero gdy przez kilka chwil żaden pocisk nie wbił się w ziemię, wstała i

obejrzała tarczę. Pośrodku, jak wymierzona okiem łuczniczego mistrza, tkwiła barwiona na

zielono strzała. Promień przy wiklinie poczerniał i żarzył się lekko.

Wyrwała pocisk i obejrzała grot, ostry i wyposażony w zadzior, który miał wbić się w

drewno i pozwolić, by ogień uwiązany drzewca przeskoczył na nie. Na szczęście z moczoną

w wodzie wikliną nie radził sobie zbyt dobrze, wilgotne gałązki stłumiły płomień. Ale i tak

czubek grotu drasnął ją w rękę. Można powiedzieć, że przelała pierwszą krew.

To było tyle co nic, ledwo czerwona kropka na rękawie, więc wzruszyła ramionami i

pobiegła dalej.

Drzwi najbliższego wozu bojowego zastała otwarte, wskoczyła do środka, rzuciła tarczę

w kąt i z westchnieniem zdjęła z ramion ciężki kosz.

Wóz bojowy był dłuższy, szerszy i wyższy od mieszkalnego, a co najważniejsze, nie miał

dachu. Podłoga, wysypana wilgotnym piaskiem, znajdowała się dobre trzy stopy wyżej niż w

zwykłym pojeździe, a burty – sięgające na wysokość wzrostu dorosłego mężczyzny –

przecinały szczeliny strzelnicze. Przymocowano do nich dodatkowo wiklinowe płotki,

podziurawione już strzałami, ale w większości całe. Ten wóz nie miał małej wieży, jedyne

zadaszenie stanowiła ciężka tarcza oparta o ścianę. Kilka strzał dopalających się na piasku

najwyraźniej nie robiło na nikim wrażenia. Key’la poczuła ukłucie zazdrości. Chciałaby się

też tak nie bać.

– Jedzenie – powiedziała.

– I picie. Nie zapominaj o piciu.

– Nie ma picia. Wóz wam się palił, więc zużyłam wszystko, żeby go ugasić.

Eso’bar uśmiechnął się, jak zwykle, samymi wargami, uśmiech zawsze omijał jego oczy.

Ten wzrok pojawił się u niego w dniu, gdy umarła mama, a ona nadal nie mogła się do niego

przyzwyczaić. Jakby patrzył na nią obcy człowiek. Na szczęście Mer’danar zachowywał się w

miarę normalnie.

– Nooo, co tak długo? Każesz nam czekać cały dzień na kęs spleśniałego suchara i łyk

stęchłej wody, dziewczyno. Wstyd. Czy za każdym razem musisz się zatrzymywać, żeby

podziwiać widoki?

– Raczej żeby odetchnąć świeżym powietrzem, Mer. Za każdym razem śmierdzi tu gorzej

niż poprzednio. Naprawdę uważasz, że puszczanie bąków uchroni cię przed strzałami?

– Co taka mała koza może wiedzieć o strzałach? Gdyby koczownicy cię zobaczyli,

pomyśleliby, że to jakaś żaba ubrała się w pancerz i pomyka między wozami.

– A jak zobaczą ciebie, zdziwią się, czemu to dzieci muszą nas bronić.

Była chyba jedyną osobą, która mogła się tak do niego odzywać. Mer odziedziczył grube

kości po ojcu, ale wzrost po jakimś bardzo odległym przodku. Nawet Nee’wa była już od

niego wyższa. Z drugiej strony jako jedyny w rodzinie mógł iść w zawody z Der’ekiem i

ojcem w liczbie łamanych w ręku podków. Był masywny jak kowadło, zbyt ciężki do załogi

rydwanu i za niski, żeby stać w szyku wśród tarczowników. Zostawał mu więc wóz bojowy.

Paru głupców podśmiewało się z niego otwarcie, póki raz, dla zabawy, nie pociągnął go

zamiast czwórki koni.

No, jak się jest córką Oka Węża, to można przynajmniej zadbać o to, by przydzielili cię

do sawo’leyd, w którym służą twoi bracia. Oczywiście Ana’we wybrała ten, gdzie znajdował

się Kar’den, ale Key’la nie miała do niej o to pretensji, jeśli dziewczyna zaprasza kogoś do

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги