własnego wozu, to powinna pilnować, by żadna inna jej go nie ukradła. Ona przynajmniej
mogła widywać się z Eso’barem i Mer’danarem.
Który właśnie machnął ręką i uśmiechnął się. W przeciwieństwie do Eso’bara, samymi
oczami.
– Twoje szczęście, że żadnemu nawet nie przyjdzie do głowy marnować strzały na
takiego pędraka.
– Przynajmniej jednemu przyszło – odezwał się Gewlant.
Obejrzała się przez ramię. Dowódca wozu stał pod ścianą i oglądał jej tarczę.
– Nieźle – zamruczał. – Przeszła na wylot, jak widzę. Coś poderwało ją w powietrze,
obróciło dwa razy i postawiło z powrotem.
– Trafił cię? Gdzie? Pokaż!
Mer’danar już się nie uśmiechał, oczy miał czujne, taksujące.
– Zostaw ją, Mer, nic jej nie jest.
– Skąd wiesz?
– Bo widzę. – Eso’bar nawet nie ruszył się z miejsca. – To tylko lekkie draśnięcie na
lewej ręce.
Zanim zdążyła zaprotestować, miała już podwinięty rękaw i ciężkie, grube palce
delikatnie dotykały skaleczenia.
– Przemyłaś?
– To nic takiego.
– Z takiego skaleczenia dostaje się gorączki, potem zgorzeli i gangreny. Nasi
uzdrowiciele mają dość pracy, a ty chcesz im jeszcze dodać kolejnej?
Zawstydziła się. O tym nie pomyślała. Nim policzyła do dziesięciu, miała ranę przemytą
kwaskowatym winem i obwiązaną szmatką.
– Pokaż ją wieczorem Ana’we. Niech obejrzy i zmieni opatrunek.
– Dobrze. – Prawie skompromitowała się do reszty, pociągając nosem.
– Będą strzelać.
Nie zauważyła, kto to powiedział, ale Mer’danar bez słowa wcisnął ją pod opartą o ścianę
tarczę i zajął pozycję. Skuliła się, obserwując wnętrze wozu. Załoga liczyła ośmiu
wojowników: byli w niej jej bracia, wiecznie milczący Sel’harr, ponury Mol’hress, o którym
wiedziała tylko, że stracił dwóch młodszych braci w starciu przy rampie, chudy jak tyczka
Klw’mer, dowodzący wszystkimi Gew’lant i dwóch nowych, których imion jeszcze nie
poznała. Wszyscy nosili hełmy przedłużone nakarczkami z kolczej siatki, opadającymi wprost
na ramiona. Do tego kolczugi albo skórzane pancerze, miecze, topory, sztylety, łuki i kusze.
W kącie wozu stała garść oszczepów, włóczni, gizarm i rohatyn. Nie chciałaby być
koczownikiem, który miałby ich zaatakować.
Ale koczownicy nie zamierzali na razie atakować. Tym razem, tkwiąc pod tarczą przy
burcie, nie usłyszała furkotu nadlatujących strzał, tylko nagle coś walnęło w deski tuż przy jej
głowie, raz, drugi, i zaraz zabębniło gradem, aż skuliła się mocniej i przycisnęła dłonie do
uszu.
gubiąc płomień na wiklinowych płotkach.
– Jeszcze nie wychodź – mruknął Mer, zupełnie jakby była głupia.
zafurkotały bezsilnie i zgasły.
– No już. – Mer’danar wyciągnął strzały wbite w podłogę. – Teraz zrobią sobie chwilę
przerwy.
Obejrzał uważnie wszystkie pociski, dwa rzucił w kąt, dwa podał Gew’lantowi.
– Część jest tak nadpalona, że nie nadaje się do niczego, może wykorzystamy jeszcze
groty. Ale część możemy oddać im z powrotem od razu.
Dowódca wozu cofnął się nieco, napiął łuk i posłał pierwszą strzałę tuż nad wiklinowym
płotkiem. Eso’bar przykleił się do szczeliny strzelniczej.
– Bardziej w lewo.
Drugi pocisk pomknął w powietrze.
– Prosto do celu.
– Ech, zabawy... – Mer wykonał kilka gestów w
znudzony. – Oni strzelają do nas, my do nich i tak naprawdę nikt nie liczy na to, że zrobi
komukolwiek jakąś poważną szkodę. Chcesz zobaczyć?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, podsadził ją do najbliższej szczeliny.
Nieco po prawej miała drugą ścianę wozów, pięć pojazdów ustawionych w krótką linię
zakończoną wozem z wieżyczką strzelniczą. Po lewej otwierało się przedpole usiane
zaostrzonymi palami, dołami i płytkimi rowami. A jakieś sto pięćdziesiąt-dwieście kroków
dalej przycupnął szeroki płot, który wyglądał, jakby był zbity z desek i obłożony świeżo
zdartą skórą. Nawet stąd widziała roje much unoszące się nad takim apetycznym kąskiem.
– Jest ich tam jakaś setka, czają się za osłoną i marnują strzały. Dziś ani razu nie
widziałem konnych. Czekają.
– Na co?
– A parszywy kozioł ich wie. Pewnie aż uda im się podpalić wozy mieszkalne, wzniecić
panikę i dopiero wtedy uderzą. Całą noc stawiali te umocnienia. Oblegają nas, jakbyśmy byli
zasranym miastem. Gdybyśmy mieli...
Wyraźnie ugryzł się w język, nie kończąc. Gdybyśmy mieli rydwany... Gdyby Der’eko i
bliźniacy nie znikli na południu razem z pięcioma tysiącami rydwanów i Orne.
– Nie martw się. Są cali.
– Tak. Na pewno.
On ją trzymał, ona wczepiła się palcami w krawędź krzyżowej szczeliny, więc mieli
zajęte ręce. W
– Jak chcą „mieć pożar, dajcie im go – wyrwała się z pomysłem i zaraz poczuła wstyd.