Od kiedy to podszyte tchórzem dziewczynki doradzają wojownikom?

– No pewnie, siostra. – Mer’danar zaśmiał się, na szczęście wcale nie złośliwie. –

Podpalimy wozy mieszkalne zamiast koczowników, po co biedacy mają marnować strzały?

– Nie... nie... ja tylko myślałam... już nic...

– No dobra. – Postawił ją na ziemi i szturchnął żartobliwie. – Mów.

– Nie... nie ma co mówić. – Opuściła głowę.

– Ech, baby. – Nie zauważyła, który się odezwał, ale to nie miało znaczenia, bo teraz na

pewno wszyscy patrzyli na nią i uśmiechali się z politowaniem. – Jakby one miały bronić

obozu, tylko dym i zgliszcza by tu zostały.

Gniew pojawił się nagle, jak ukłucie grotem strzały.

– No właśnie, dym... Pomyślałam, że jak zobaczą dużo dymu wewnątrz obozu, to

zaatakują. Wystarczy podpalić trochę słomy i mokrych liści... I będziecie wiedzieli, czy

czekają na pożar, czy na coś innego...

Porwała tarczę i wybiegła z wozu.

Lecz zanim dotarła do wózka z zapasami, przeszło jej. Mer miał prawo trochę sobie

pożartować, w końcu tkwił na pierwszej linii obrony, narażając życie, podczas gdy ona

dostarczała tylko jedzenie i picie do wozów, a na dodatek miała czelność wyrywać się z

jakimiś dziwnymi pomysłami. Od kiedy to dziewczynki mówią wojownikom, jak mają

walczyć?

Ale teraz przynajmniej wiedziała, co znaczy oblężenie. Oblężenie to chowanie się za

płotami obciągniętymi świeżą skórą i strzelanie do obrońców. Wczorajsze ataki konnych

trwały aż do wieczora, a noc, jak widać, koczownicy poświęcili na zamknięcie obozu w

pierścieniu umocnień, który miał całkowicie odebrać Verdanno swobodę ruchu. Ojciec cały

czas naradzał się z Boutanu i innymi dowódcami, a ją odesłał do łóżka dopiero grubo po

północy, wyglądając zresztą na lekko zaskoczonego, że jeszcze się kręci w pobliżu. A gdy

rankiem powiedziała, że chce pomagać dziewczynom, pokiwał tylko głową i machnął w

anaho’la „Idź. Idź”.

Nawet on przestawał ją zauważać.

Zerknęła w stronę rampy biegnącej w dół i kończącej się pośrodku obozu. Zjeżdżał po

niej nieprzerwany strumień wozów i sprowadzano niepoliczalne tabuny koni. Rydwany.

Kolejne Fale, ściągnięte z obozów, które tkwiły jeszcze po drugiej stronie skalnej ściany. Pod

rampą zebrało się ich już ponad trzy tysiące i wszyscy wiedzieli, że jeszcze trochę, a

rozgorzeje prawdziwa bitwa, nie mało szkodliwe ostrzeliwanie się na oślep, lecz walka twarzą

w twarz. Nawet ona wiedziała, że muszą się wyrwać spod gór, ruszyć na wschód, bo inaczej

cała wyprawa nie zda się na nic. Stracili już trzy dni, a każdy krok słońca po niebie oddalał

ich od osiągnięcia celu. Wszyscy czekali na nadchodzące starcie, wyczuwała to pragnienie w

gorączce spojrzeń, tłumionej gwałtowności ruchów, sztucznej wesołości okazywanej przez

załogi wozów bojowych.

Kolejna salwa zafurkotała w powietrzu. Przykucnąć, tarcza nad głowę, poczekać.

Zdążyła dostarczyć jedzenie kolejnym dwóm wozom i biegła właśnie z informacją, że

załoga dziesiątego potrzebuje więcej bełtów i strzał, gdy drzwiczki wozu jej braci otworzyły

się i silna ręka wciągnęła ją do środka.

– No cooo?! – wrzasnęła z oburzeniem i zamajtała nogami, trzymana w powietrzu.

– Postaw ją, Mer. Głupio wygląda. To znaczy głupiej niż zwykle.

Miała wolne ręce, więc pokazała Eso’barowi „śmierdzący osioł”.

– Postanowiliśmy, że przekażemy Boutanu twój pomysł. Mer i Sel’harr pójdą teraz do

dowódcy. Hawereh przekaże go dalej. Chcemy, żebyś wiedziała.

Mer postawił ją delikatnie, uśmiechnął się szeroko i dał jej kuksańca w bok. Już mniej

delikatnie. Gdyby nie pancerz, miałaby siniaka.

– Dobry pomysł, żabo. A teraz leć. Wszyscy mamy obowiązki.

* * *

Wędrowali jakieś pół dnia. Trudno było dokładnie ocenić czas pod niebem, które

najwyraźniej nie miało zamiaru odziać się w zmierzch, ale nogi, a zwłaszcza stopy,

informowały ich, że najwyższa pora odpocząć. Wzgórza zbliżyły się wyraźnie, jeszcze

godzina lub dwie i powinni między nie wkroczyć. Kenneth oceniał ich wysokość na kilkaset

stóp, dość, żeby z najwyższego ogarnąć wzrokiem kawał okolicy.

Uniósł dłoń.

– Stać! Dziesiętnicy do mnie!

Odszedł z podoficerami na bok.

– Ktoś coś sobie przypomniał? Jakąś legendę o takim miejscu?

Pokręcili tylko głowami.

– Zrobimy krótką przerwę, chcę, żeby ludzie odpoczęli, zanim wejdziemy na wzgórza.

Nie wiem, czy tu kiedykolwiek zapada noc, więc rozbijemy obóz na szczycie najbliższego i

odpoczniemy dłużej. Oszczędzajcie wodę. Jak na razie nie widziałem jej śladów.

– Jedzenia też nie mamy za wiele, panie poruczniku.

– Jeśli szybko nie znajdziemy wody, jedzenia nam nie zabraknie, Varhenn. Zresztą, jeśli

ją znajdziemy, nie zabraknie go również. – Kenneth zawiesił wzrok na wyraźnie zmęczonych

koniach. – Bergh, kiedy założymy obóz, wyślesz po okolicy kilka patroli z psami. One

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги