prędzej ją wyczują niż my. I nie dzielcie się z nimi własną wodą.

– Ale panie poruczniku...

– Napojone psy nie będą szukać wilgoci, wiesz o tym. Mają być spragnione.

Bergh skrzywił się, ale nie oponował.

– Varhenn, ile mamy wódki?

Nie tylko najstarszy dziesiętnik uniósł brwi w niemym pytaniu.

– Zostało kilka manierek, panie poruczniku. Jeszcze z Kehloren. Nie było aż tak zimno,

żeby się rozgrzewać.

– Dobrze. Zbierz je i pilnuj, żeby nikt nie poczuł się zmarznięty. Mam pewien pomysł.

Nikt nie zapytał jaki, co dość dobrze świadczyło o dyscyplinie.

– Niech ludzie nie siedzą i nie myślą o głupotach. Mają zrobić przegląd broni, sprawdzić

zapasy, ściągnąć zbędne rzeczy. Tutaj jest cieplej niż w górach, nie chcę, żeby zaczęli mdleć.

I przed wyruszeniem wszyscy mają założyć płaszcze.

Kolejna milcząca zgoda. Czy musieli trafić nie wiadomo gdzie, żeby zaczęli zachowywać

się jak normalny, zdyscyplinowany oddział...?

– A co potem, panie poruczniku? – rzucił cicho Andan.

Jednak nie.

Kenneth powiódł spojrzeniem po twarzach. Na wszystkich widniało to samo pytanie – co

potem? Uśmiechnął się.

– Wyrwałeś się z pytaniem, więc ściągaj but, dziesiętniku.

– Eeeee...

– Bez gadania, ściągaj.

Andan przez chwilę wyglądał, jakby miał ochotę oponować, ale w końcu stęknął, klapnął

na ziemię i rozsznurował ciężki bucior. Podał go dowódcy.

Porucznik obejrzał podeszwę i przejechał po niej opuszką. Podsunął Nurowi palec pod

nos.

– Poznajesz?

Coś lepiło się do skóry, połyskując diamentową czernią.

Dziesiętnik popatrzył na pył, przejechał własnym palcem po podeszwie buta. Obejrzał go,

powąchał, polizał.

Przez chwilę poruszał ustami, jak znawca win oceniający nowy rocznik.

– Siarka – mruknął – i zgniłe jaja. To samo miejsce?

– Nie wiem. Ale mam takie przeczucie. Wielu ludzi znikło w górach przez ostatnie

miesiące. A ci szarzy byli obcy, nie potrafili się poruszać niezauważenie, zapewne zostawiali

sporo śladów. Patrole natykały się na nie i próbowały sprawdzić, kto zimą włóczy się po

dzikich okolicach. Więc ci, co nas tu wysłali, robili z tymi patrolami to samo, co z nami:

wrzucali ich tutaj. W czymś im przeszkadzali, więc ich usuwano.

– Bez walki?

– Nas jest pięćdziesięciu, a w patrolach zimą chodzi nie więcej niż jedna dziesiątka. Psy

przy saniach. Poradzilibyśmy sobie, gdyby było nas tylko dziesięciu, gdyby psy były

zaprzężone i nie mogły walczyć, gdyby wzięli nas z zaskoczenia? My już szliśmy do ataku, a

Bękarty pewnie nie wiedziały, co się dzieje. Może szarzy mieli wtedy dość czasu, żeby ich tu

ściągnąć i wrócić?

– Może...

Fenlo Nur splunął ciemną śliną i spojrzał na dowódcę z czymś w rodzaju uznania w

oczach. I z ponurym rozbawieniem na dodatek.

– Nie ma wyjścia.

– Jest.

– Jeśli ktoś ma skrzydła.

– Nie wszystkie wyjścia muszą być tak wysoko. Wiem tylko, że na pewno można się stąd

wydostać, choć niekoniecznie z powrotem nad Hewen. Poza tym, my mamy coś... kogoś, na

kim im zależy. Wyjdziemy stąd. A gdy wrócimy, dostaniesz naganę na piśmie, za pomijanie

stopnia dowódcy, młodszy dziesiętniku.

– Jeśli wrócimy, sam zedrę sobie pas skóry, żeby było na czym ją napisać, panie

poruczniku.

Zmierzyli się wzrokiem. Przez chwilę, przez kilkanaście uderzeń serca, rozumieli się bez

słów, czytając sobie niemal w głowach. A teraz znów byli po przeciwnych stronach.

Przerwało im krótkie chrząknięcie. Velergorf wziął na siebie rolę tego, kto musi zadać

głupie pytanie.

– Przepraszam, panie poruczniku, ale ni w ząb nie rozumiem. Gdzie jesteśmy? Jak

wyjdziemy? I czemu młodszy dziesiętnik Nur zlizuje brud z buta Andana?

Reszta podoficerów pokiwała głowami.

– Pamiętasz tego martwego Bękarta, którego znaleźliśmy na Hewen? Miał w

zakamarkach ubrania taki sam pył. A wozacki czarownik twierdził, że pił zasiarczoną wodę i

przebywał w miejscu, gdzie nie widać słońca, choć nie jest ciemno, i że było mu ciepło.

Wypisz, wymaluj – tutaj. Czyli jest tu woda i można się stąd wydostać. Więc najpierw

znajdziemy coś do picia, a potem wyjście.

We wszystkich oczach błysnęło to samo pytanie.

– I nie. Nie tysiąc stóp nad ziemią. Wątpię, żeby z całej tej krainy było tylko jedno

wyjście, i to nad tak parszywym miejscem. A teraz dodatkowe rozkazy. Jesteśmy tutaj tylko

my i być może kamraci tych, co nas tu ściągnęli. Ale wcześniej pewnie trafili tu inni.

Rozglądajcie się, szukajcie śladów, może przed nami już ktoś wędrował po tej okolicy.

Velergorf uniósł brwi i machinalnie pogładził ostrze topora.

– Bękarty? Ci wszyscy, którzy przepadli w górach? Setka żołnierzy?

– Setka rozbita na oddziałki po kilku, kilkunastu ludzi. W górach przez całą zimę coś się

działo, pamiętasz? W różnych miejscach mordowano różnych ludzi, kupców, chłopów,

zbójów. Ale nie było ani jednego przypadku zaatakowania Straży, żadnego wymordowanego

patrolu. Patrole po prostu znikały. Przegapiliśmy to, wszyscy zakładali, że żołnierzy

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги