napadnięto i wybito, i że zostaną odnalezieni później, ale tak się nie stało. Dlaczego? Bo

trafili tutaj. Ci obcy, szarzy – Kenneth odruchowo wskazał za siebie – nie są z Olekadów. Nie

umieli się za dobrze maskować, łatwo było ich wytropić. A zimą większość miejscowych

siedzi po wsiach i miastach, szlaki są zawalone śniegiem, przełęcze niedostępne, drogi

nieprzejezdne. Więc gdy patrol Górskiej Straży wychodzi z twierdzy i napotyka dziwne ślady,

tropy zostawione przez ludzi tam, gdzie nie powinno ich być, co wtedy robi?

Wytatuowany dziesiętnik pokiwał głową i wykrzywił się gorzko.

– Idzie za nimi. My byśmy poszli. Może to ktoś, kto potrzebuje pomocy?

– Właśnie. Potem patrol spotyka grupę obcych i ci obcy wrzucają go tutaj. Wiatr nawieje

świeży śnieg, ślady znikają, drużyna Bękartów przepada. Czarny wysyła w teren coraz

większe, liczniejsze patrole. Jeśli są zbyt silne, obcy się ukrywają albo uciekają. Jeśli patrol

jest mniej liczny i ich zaskoczy albo w czymś przeszkadza, otwierają jakieś przejście,

wpychają go tu i robią swoje.

Kenneth przerwał, pozwalając im zrozumieć.

– Więc, oni... cholera. – Bergh szarpnął się za jeden z warkoczyków, w które zaplótł

włosy. – Oni z nami nie walczą, tylko... co? Usuwają z drogi? Jak im wejdziemy w paradę,

traktują jak śmieci zamiatane pod dywan?

– Nie ci, których tam zostawiliśmy. – Andan błysnął zębami spod brody, ale zaciśnięte w

pięści dłonie świadczyły o tym, że też jest wstrząśnięty.

– Tamci nie spodziewali się nas. Tak jak mówiłem, sądzę, że nie byli zbyt dobrzy w

poruszaniu się po górach. I chcieli je dorwać. – Wskazał kobiety odpoczywające kawałek

dalej. – My byliśmy niespodzianką i już wiemy, dlaczego unikają otwartego starcia ze Strażą.

To zabójcy, mordercy, a nie żołnierze. Jeśli nie mają czasu, by posłużyć się swoimi Mocami,

giną tak samo jak zwykli ludzie. Zapadła cisza.

– Jesteśmy w lepszej sytuacji niż Bękarty – kontynuował Kenneth, świadomy, że trzeba

wzmocnić morale, bo wiedza, że żaden strażnik z Regimentu Wschodniego nie wyszedł stąd

żywy, nie była zbyt budująca. – Jest nas więcej, wiemy, co się dzieje, wiemy, że można stąd

wyjść i mamy dość żywności, by to wyjście znaleźć. Teraz musimy poszukać wody. Dziś

odpoczniemy między wzgórzami, a jutro ją znajdziemy. Zrozumiano?

Dziesiętnicy zasalutowali.

– Odpocznijcie jeszcze chwilę, ja porozmawiam z naszymi gośćmi.

Ruszył do kobiet.

Siedziały nieco na uboczu, pilnowane przez kilku strażników. Na gest porucznika

żołnierze podnieśli się z ziemi i odeszli.

Kenneth od dłuższego czasu dyskretnie obserwował dziewczyny. Nadal nie wyglądały na

przerażone uciekinierki, które umierają ze strachu przed karą. Nie żeby nie dawał wiary ich

opowieści o działaniach w imieniu Szczurzej Nory, ale ten spokój potwierdzał to, co mówiły.

Całą drogę przebyły pieszo i jak na mieszkanki Wielkich Stepów, radziły sobie bardzo

dobrze. To znaczy nie jęczały, nie szlochały i nie błagały, by wolno im było odpocząć.

Nieźle. Na dodatek, idąc, pogryzały wojskowe racje z takimi minami, jakby to były cesarskie

frykasy. Całkiem nieźle.

Albo były naprawdę głodne.

Powitały go dwa spokojne spojrzenia, oczy czarne i zielone. Usiadł przed nimi i zerknął

na szlachciankę. Nie zsadziły jej z konia, tkwiła w siodle z pochyloną głową i przymkniętymi

oczami, wyglądała na pogrążoną we śnie.

– Nie lepiej, żeby zeszła?

– Nie. Ostatnio straciłyśmy kwadrans, żeby ją wsadzić z powrotem.

– Rozumiem.

Obejrzał zwierzęta. Nawet ktoś taki jak on, nieznający się na wierzchowcach, widział, że

wędrówka przez góry im nie posłużyła. Zwłaszcza jednemu. Koń stał z pochylonym łbem,

zmatowiała sierść lepiła mu się do boków, wzdęty brzuch i nerwowe drżenia przebiegające

przez ciało zmieniły go w obraz nędzy i rozpaczy.

Dwa pozostałe były w niewiele lepszym stanie, ale przynajmniej nie sprawiały wrażenia,

że tęsknią do rzeźniczego noża.

– Wyglądają prawie tak jak my. – Czarnowłosa posłała mu zmęczony uśmiech. – Jeden

duży, jeden mały i jeden szlachetnej krwi, z którego jest najmniej pożytku.

– Kiedy ostatnio je karmiłyście? Prawdziwym obrokiem, a nie górską trawą?

Wzruszyła ramionami – kiedyś, parę dni temu, w innym życiu.

– Musicie ocenić, jak daleko zajdą.

– Już oceniłyśmy. On – Daghena wskazała na najbardziej zeszkapionego – wytrzyma do

wieczora, jeśli będzie tu jakiś wieczór. Ten największy jeszcze dzień, najwyżej dwa. Kuc

trzy. Potem staną i będą stały, póki nie padną.

Powiedziała to wszystko obojętnym tonem, jakby rozmawiali o pogodzie. Spojrzał jej w

oczy. Wiedziała.

– Będziemy potrzebować mięsa dla psów i ludzi. Inaczej za kilka dni sami zaczniemy

padać w miejscu, gdzie staniemy.

– To znaczy gdzie?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. I moi ludzie też nie. A wy? Przypomniałyście sobie jakąś legendę? Opowieść

o takim miejscu.

– Nie. A... – Zawahała się. – Gdzie właściwie idziemy?

– Szukamy wyjścia.

– A jest jakieś?

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги