– Nie ma wyjścia z mroków koszmaru ani nadziei dla tych, co postawią tu stopę. Ta droga
umiera, choć kiedyś płynęły tu rzeki, rosły lasy, a strażnicy strzegli jej przed wszelkim
plugastwem. Strażnicy zginęli, rzeki wyschły, lasy skamieniały, plugastwo zrobiło tu sobie
szambo. Dusza rozpada się w pył.
Spojrzeli jednocześnie na szlachciankę. Nie podniosła głowy, nawet nie drgnęła, mimo iż
mówiła głosem donośnym i czystym.
– Oho, dostaniemy naszą codzienną porcję bełkotu doprawionego szczyptą obłędu –
mruknęła Kailean. – Ale jeśli założymy, że ma choć trochę racji... Skąd wiesz, że można stąd
wyjść?
Opowiedział im w kilku zdaniach o ciele znalezionym na Hewen i wnioskach, jakie
wyciągnęli. Zareagowały inaczej, niż się spodziewał.
– Przeprowadziliście Verdanno?!
Popatrzyły na siebie i wyszczerzyły się radośnie, szeroko. No, przynajmniej nareszcie
ktoś dostał jakąś dobrą wiadomość. W kilka chwil wyciągnęły z niego resztę, że przeszli
przez góry, że zbudowano już rampę, a wozy zaczęły zjeżdżać w dół.
I że na dole już na nie czekano.
– Bitwa będzie szybciej, niż się spodziewali. Nie mogą zostać pod górami, bo jeśli
koczownicy otoczą ich pierścieniem okopów, nigdy się stamtąd nie wyrwą – Daghena
oświadczyła to z miną stratega planującego kampanię.
– Wiedzą o tym. Wysłali rydwany na spotkanie nadciągającego Syna Wojny. I schodzą z
gór naprawdę szybko. Tyle wiem.
– Widziałeś rodzinę And’ewersa? – Tym razem odezwała się Kailean. I to jakoś tak
miękko, z wahaniem.
– Widywałem, czasem. Trzy córki, najstarsza ładna i cicha, średnia ładna i pyskata,
najmłodsza ładna i trochę nieśmiała. Synów spotykałem rzadziej. Wiem, że najstarszy
pojechał na południe z rydwanami. Wszyscy mają się dobrze, jeśli pytasz.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
– Czego dowiedziałyście się w zamku tego... jak mu było...
Zielonooka westchnęła.
– Cywrasa-der-Malega. Niewiele. Hrabia i jego rodzina nie mieli pojęcia, co dzieje się w
górach, ktoś namieszał im w głowach, żyli jakby we własnym świecie. Nie wiem, jakie czary
mogą coś takiego sprawić. – Zerknęła na towarzyszkę, jednocześnie zdradzając, kto tu jest
specjalistą od magii.
– Można to zrobić, tkając czar bardzo długo, powoli i delikatnie. – Daghena podrapała się
z zakłopotaniem po nosie. – To magia oplatająca i umysł, i duszę, a jedno i drugie broni się
przeciw zbyt mocnemu naciskowi. Rzucający zaklęcie musi być blisko osoby, którą chce
kontrolować, i pilnować jej cały czas. Zaklęcie tka się miesiące, jeśli nie lata. No i łatwo je
złamać, wystarczy, że czarownik utraci na kilka dni kontakt z ofiarą. Tyle wiem.
– A czary rzuciła ona? – Porucznik wskazał hrabiankę.
– Raczej jej służąca. Dysponowała dziwną Mocą – to nie były aspekty, nie taniec
duchów, raczej coś, co wypływało prosto z niej. I posunęła się nawet do mordowania ludzi na
zamku, choć nie wiem po co.
Szlachcianka zachichotała tak, że ciarki przeszły im po grzbiecie.
– Jego twarz... taka starsza i taka dziecinna. I te oczy... zadziwione... nie powinien się
dziwić, w końcu prowadził ich do mnie. Powinnam go zabić pięć lat temu, ale był taki
słodki... niewinny... bez skazy... czysty...
na szczycie wieży i wbiłam mu nóż w plecy... za późno... już nas znaleźli... A on wypadł za
blanki i zsuwał się po murze... te oczy... zdumione... nie powinien się dziwić... Ona też miała
zdziwione oczy... Nie powinna się dziwić. Kazała jej położyć się i zasnąć... im... kazała im... i
nikt tam już nie wchodził... Zamilkła.
– Mając za wskazówki ten bełkot, wiele nie zrozumiemy. – Daghena zgrzytnęła zębami.
Kenneth musiał się z nią zgodzić.
– Racja. Ale być może to ona ma w głowie klucz do naszego powrotu. Więc później
spróbujemy innej metody. Gdy zatrzymamy się na dłuższy postój, musicie zdecydować, co z
tym koniem. – Wskazał na najbardziej zeszkapionego.
– To bojowy
– Kilka posiłków moich ludzi i psów. Czyli jest bezcenny.
* * *
Maszerowały i obserwowały żołnierzy przez cały dzień, jeżeli trwało to cały dzień. Pod
tym niebem w kolorze bladej szarości minuty, kwadranse i godziny zlewały się w jeden ciąg i
nie sposób było ocenić, ile właściwie czasu minęło. Kailean wiedziała tylko, że gdy wreszcie
dano sygnał do zatrzymania się, była pewna, iż zamiast stóp ma dwa krwawiące kikuty.
Dotarli na wzgórza, jeśli można tak nazwać te dziwaczne wzniesienia zbudowane z
czarnych skał, i zatrzymali się na szczycie najbliższego. Rudy porucznik od razu rozejrzał się
na wszystkie strony. Czarne wzgórza przed nimi, czarna równina za nimi. Niebo ze stali nad
głową. Nic więcej.
Przez chwilę oficer sprawiał wrażenie zagubionego. Być może spodziewał się, że zobaczą
stąd coś więcej, jakąś wskazówkę, znak na horyzoncie, miejsce, które wabiłoby swoją