odmiennością. Nic z tego. Jeśli chodziło o wybór dalszej drogi, najsensowniejsze wydawało
się zamknięcie oczu, kilkakrotne okręcenie się na pięcie i marsz w stronę, którą wskaże nos.
Potem dowódca strażników pokiwał głową, rzucił parę rozkazów, a jego żołnierze zaczęli
szykować się do odpoczynku. Znów pojawiła się w nim ta twardość, zaczepny upór, który
mówił, że póki życia, póty będzie walczył. Na Wschodzie podchodzono do tego troszkę
inaczej, wiele koczowniczych ludów miało wpisany w swoje życie pewien fatalizm, jak
spadało na kogoś nieszczęście, mówił „taki los” i starał się żyć dalej, a jak nieszczęścia waliły
jedno za drugim, to gdy już nie mógł wytrzymać, siadał wreszcie na ziemi i czekał na
otwarcie drogi do Domu Snu. Górale byli inni, Kailean miała wrażenie, że nawet gdyby sama
Pani Losu próbowała ich złamać, to i tak robiliby swoje, a ostatkiem sił jeszcze napluli jej na
buty. Podobało jej się to.
W sumie sama pochodziła z Olekadów, więc była po trosze góralką, prawda?
Obozowisko rozbili sprawnie, część strażników od razu kładła się na ziemi, owijając w
płaszcze, część stanęła na warcie. Kilku odprowadziło szlachetnego wierzchowca na bok.
Porucznik zaproponował, że zabiją go poza zasięgiem ich wzroku, ale Daghena chciała przy
tym zostać.
Nie powiedziała dlaczego.
Przynajmniej będą mieli jedzenie na kilka dni. Z końskich gnatów i kawałków tłuszczu da
się nawet rozpalić małe ognisko, więc część mięsa upieką od razu, część spróbują wysuszyć.
Głód na razie im nie groził.
Gorzej z pragnieniem. Żołnierze mieli tyle wody, ile w manierkach, dla ludzi wystarczy
to na dzień czy dwa, ale dla zwierząt nie. Jeśli szybko nie znajdą jakiegoś źródła, będą musieli
zabić pozostałe konie.
Bardzo chciała wierzyć, że domysły porucznika są prawdą. Już kiedyś jacyś żołnierze
Górskiej Straży szli tędy i znaleźli tu wodę. A jeden nawet odkrył drogę wyjścia.
Chyba że odkrył ją sto mil od tego miejsca.
Położyła się, podkładając pożyczony płaszcz pod głowę, przymknęła oczy i przywołała
Berdetha. Niemal od razu wyczuła go w pobliżu, choć od czasu ucieczki z zamku tylko raz
połączyli się ze sobą. Gdyby jednak nie to, nóż szarego zabójcy wyprułby z niej flaki. Ależ
był szybki ten sukinsyn. Potem, zaraz po walce, pies uciekł, a ona nie próbowała go
przywoływać. Ale teraz potrzebowała go jak nigdy wcześniej.
Wszedł do jej głowy od razu i od razu przekazał jej swoje wspomnienia. I konsternację. I
zagubienie.
Minęła dłuższa chwila, nim zrozumiała, o co chodzi.
Ten świat był martwy. Całkowicie pozbawiony życia. Nic tu nie rosło, nic nie pełzało, nie
fruwało ani nie skakało. Tyle to sama widziała – ale ten świat był też pozbawiony duchów.
Berdeth widywał je i wyczuwał, duchy ludzi i zwierząt, duchy uwięzione w miejscu swej
śmierci lub wędrujące bez celu. Duchy odgrywające pantomimę ostatnich chwil życia,
niepotrafiące zaakceptować końca. Niekiedy widywał nawet duchy rzeczy martwych,
kamieni, skał, próchniejących kłód drewna. Z czasem większość z nich rozpływała się w
szare plamy, dołączając do wiecznego kołowrotu życia i śmierci. Wszystko to było światem,
który Berdeth znał i akceptował, światem nałożonym na świat żywych, którego centrum była
ona, Kailean. Lecz teraz ten świat znikł. To, co duch psa widział i wyczuwał, było dokładnie
tym samym, co widziała ona: płaską czarną równiną pod szarym niebem, martwą na każdym
poziomie.
Tak znalazła ją Daghena.
– Nie powinnaś tego robić.
– Czego? Odpoczywać? Tu nie ma nic, wiesz o tym?
Czarnowłosa pokiwała głową.
– Wiem. Rozglądam się. Tu nie ma nie tylko duchów, ale nawet śladów zwykłej Mocy.
Aspektów, dzikich lub nazwanych. Żadnych Źródeł, Prądów, Rzek, Studni, czy jak to tam
zwą meekhańscy czarownicy. Rozumiesz? A jednocześnie mam wrażenie, że coś naciska na
mnie ze wszystkich stron. Jakbym nurkowała w głębinie. Gdyby znalazł się tu czarodziej
władający aspektowaną magią, najpewniej by oszalał. Mnie chroni babka, ale nawet ona jest...
zagubiona.
– Co widziałaś?
– Duszę konia... jakby wsiąkła w ziemię. Nawet nie próbowała biec, po prostu zapadła się
najpierw po pęciny, potem po brzuch, i w kilka uderzeń serca już jej nie było. Jakby coś
przepchnęło ją na drugą stronę.
– To znaczy gdzie?
– Nie wiem. – Daghena usiadła obok. – Przez najbliższe dni tylko konina w jadłospisie –
dorzuciła.
– Domyślam się. Powiedz porucznikowi, że nie będę jeść koniny.
– Sama mu powiedz. – Przyjaciółka wyciągnęła się obok. – Verdanno? – Błysnęła
domyślnością.
– Tak. Wuj by mnie zabił, gdyby się dowiedział. A reszta by się mnie wyrzekła.
– Pogadaj z nim. Żołnierze mają jeszcze trochę sucharów i tych wiórków, które tysiąc lat
temu podobno były krową. Każdy chętnie zamieni się z tobą na porcję świeżego mięsa. A
jeśli już mówimy o żołnierzach... – Daghena ściszyła głos. – Co o nich sądzisz?
– Twardzi, zawzięci, nieźle walczą. Można im zaufać. Zdobyli szacunek Verdanno, a to