sztuka, która niewielu się udała.
– Skąd wiesz?
– Kilku nosi
– Phi! Prowadzili karawanę, to pewnie kupili. W czaardanie...
– Nie. Pochwy noży mają wytrawione rodowe znaki. Taką broń możesz albo zdobyć w
walce, albo otrzymać w podarunku. Odkąd zamieszkałam u Kalevenhów, wuj nie podarował
wspomniał tylko, że Wozacy starli się już z koczownikami, choć niektórzy jego ludzie
wyglądają, jakby niedawno się bili.
– Czyli nie tylko godni zaufania, ale i skromni? Nic, tylko przebierać...
– A czy wasza książęca wysokość może to robić w ciszy? Spać mi się chce.
– Oczywiście, droga Inro, oczywiście.
Chwilę leżały w milczeniu.
– Kailean?
– Zaraz cię walnę. Czego?
– Właśnie do mnie dotarło, że jak nas nie ma, i Laskolnyka nie ma, to wszystkim dowodzi
Kocimiętka.
Kailean chwilę milczała.
– Wiesz, Dag? Jesteśmy, bogowie wiedzą gdzie, w towarzystwie obłąkanej kobiety,
bogowie wiedzą skąd, i bandy żołnierzy wyglądających tak, że przestraszyliby przeciętnego
demona. Nie wiemy, jak stąd wyjść, nie mamy nic do picia, a jak znajdziemy wyjście, to w
najlepszym razie roztrzaskamy się o skały. A ty i tak potrafisz powiedzieć coś, co mnie
zmartwi.
Rozdział 4
Mokra słoma, nadgniłe liście, trawa i wilgotne gałęzie palą się wolno, dając imponującą
ilość dymu. Tyle że gdy wiatr powiał w stronę gór, środek obozu utonął w siwych kłębach.
Zjazd z rampy również.
Na dany znak w kilku miejscach dorzucono do ognia suszu, a płomienie najpierw
przygasły, jakby zdziwione szczodrym darem, po czym wystrzeliły jęzorami wysokimi na
trzydzieści stóp. To był fragment widowiska, koczownicy muszą zobaczyć żywy ogień, by
uwierzyć, że ich ostrzał odniósł pożądany skutek.
Wszystko jest złudzeniem, pomyślała, siedząc na stopniach wozu bojowego braci. To
jeden z elementów wojny, o którym mało kto wspomina, przynajmniej w pieśniach
sławiących zwycięstwo nad wrogiem. Nabrać go, oszukać, przekonać, że to, co widzi, jest
tym, czego pragnie. Że kilkadziesiąt wozów wypełnionych słomą, liśćmi i przywiezionymi
zza gór świeżymi gałązkami to wielki pożar trawiący właśnie serce obozu nieprzyjaciół.
Eso’bar stwierdził, że całość będzie musiała się palić co najmniej godzinę, nim Se-
kohlandczycy uwierzą, że im się udało. Verdanno byli na to przygotowani, zapas paliwa
powinien wystarczyć na pół nocy.
Lecz rzecz jasna tylko ostatni głupiec pozwala hasać żywym płomieniom bez kontroli.
Dla tych, którzy widzieli szalejące po stepie pożary, ogień to zbyt niesforne dziecko. Za linią
wozów mieszkalnych wykopano kilka głębokich rowów, wypełniono je paliwem i podpalono
zaraz po kolejnej salwie, by atakujący byli przekonani, że to ich dzieło.
O północy Eso’bar osobiście przyszedł ją obudzić, by – jak to ujął – „żaba mogła pogapić
się na ogień, który roznieciła”. Zanim dotarli na miejsce, mogła się przypatrzeć, jak obóz
szykuje się do bitwy, wszędzie widziała zbrojnych, w drodze na linię obrony minęli kilka
oddziałów rydwanów wiozących ciężkozbrojną piechotę pod ścianę gór. Obsługa machin
tkwiła na stanowiskach, przy części wozów stały okryte grubymi pledami konie. Nawet
dziecko zorientowałoby się, co to znaczy.
– Czy to moja wina? – spytała, siadając na schodkach bojowego wozu.
– Co? – Brat spojrzał na nią z góry i niespodziewanie uśmiechnął się ciepło. – Wojna?
Masz o sobie za wielkie mniemanie, Key. Musimy się wyrwać spod tych gór, a twój pomysł
pozwoli nam odwrócić ich uwagę. Gdy zaatakują, zwiążemy ich walką, a reszta uderzy z
boków. Dobrze, że są chmury i nie widać księżyca, zresztą dym dodatkowo ukryje nasze
ruchy.
– Taką mamy nadzieję?
Spoważniał, po czym wyciągnął rękę i zmierzwił jej włosy.
– Czasem zapominam, że masz już dziewięć lat, a w czasie wojny to jak trzydzieści.
Popatrzyła na niego, policzyła.
– Nieźle się trzymasz jak na kogoś, kto widział już pięćdziesiąt wędrówek.
Uśmiechnął się znów i przez chwilę miała wrażenie, że wrócił dawny Eso’bar, kpiarz i
żartowniś, a radość ponownie zagościła w jego oczach. Ale może to był tylko taniec płomieni
w źrenicach.
– Czasem tak się czuję, Key’la – wyszeptał, a ona przeklęła swój głupi jęzor. – Jakbym
był starszy od ojca. Jakbym wszystko miał już za sobą, a w ręku tylko garść popiołu.
Wyczuła jego pragnienie i przez chwilę aż dech jej zaparło.
– Jeśli dasz się głupio zabić, Es, będę musiała cię zastąpić w załodze wozu.
– Na pewno byłabyś dobra, siostrzyczko – powiedział cicho. – Jesteś najodważniejszym
dzieckiem, jakie znam.
Parsknęła jak kot nadepnięty na ogon, wstała i złapała go za ramię. Spojrzał na nią
zdziwiony.
– Nie tylko ty tęsknisz. Nie tylko w tobie jest dziura, którą trzeba zapełnić. Wszyscy
płaczemy. Wszyscy... Ojciec od pół roku nie spojrzał na mnie inaczej niż jak na mebel...