Milczał, po czym nagle odwrócił się i wskoczył do wozu.
„Tak, uciekaj”. „Tchórzliwy piesek”.
Powiedziała to wszystko w
spróbowała wykrzyczeć te słowa w noc, głos na pewno by ją zawiódł.
Była zmęczona, niewyspana i przerażona. Stała tak przed wozem bojowym, widząc tylko
swój rozmigotany cień na deskach, i zaciskała pięści z bezsilnego gniewu. Odważne dziecko?
W wojennym obozie nie ma dzieci, a co do odwagi, tylko ona wiedziała, jak bardzo się boi.
Eso’bar nie miał prawa z niej kpić tylko dlatego, że była mała i ledwo mogła udźwignąć
tarczę.
Westchnęła. Starsi bracia tacy już są, wydaje im się, że to ich problemy są najważniejsze
na świecie. Trzeba wracać do łóżka, bo Nee’wa dostanie szału, jak odkryje puste posłanie.
Odwróciła się i zrobiła ledwo dwa kroki, gdy coś wskoczyło jej na plecy, przewróciło i
pociągnęło w stronę stojącego obok pojazdu. Pisnęła, a przez głowę przeleciała jej myśl, że
gdyby bracia usłyszeli ten pisk, to naśmiewaliby się z niej do końca życia, i już była pod
dnem wozu. Jego zewnętrzną burtę przedłużały deski uniemożliwiające prześliźnięcie się pod
spodem, więc znalazła się w miejscu w miarę bezpiecznym, z...
Płomienie zatańczyły w niebieskich oczach, uzbrojona w pazury dłoń dotknęła ust w
geście, który sama pokazywała mu wiele razy. Cicho...
Zaszumiały lecące pociski. Lecz teraz nie było tak, jak poprzednio, gdy ostrzeliwał ich
pojedynczy a’keer. Teraz brzmiało to, jakby nad wozem przelatywał milion ptaków, a potem
wyglądała, jakby eksplodowała tysiącami wyrastających z niej drzewc, właściwie między
pierwszą a drugą linią wozów nie znalazła miejsca, które w kilka chwil nie obrodziłoby
strzałami. A ona właśnie tamtędy miała zamiar wracać.
Koczownicy nie używali płonących pocisków, żeby nie zdradzić swojej obecności,
podeszli pod linię obrony i zasypali wnętrze obozu deszczem śmierci. Gdyby w środku
naprawdę szalał pożar, z którym mieszkańcy walczyliby rozpaczliwie, zabitych i rannych
liczono by w setkach. Chaos, śmierć i zamieszanie osłabiłyby obronę i...
–
Nie ostrzelali wozów bojowych, tylko od razu poszli do ataku. I to bez koni, jakby byli
piechotą szturmującą zamek. Leżąc na ziemi, Key’la usłyszała tysiące stóp depczących ziemię
– i tysiące gardeł wyrzucających z siebie dziki wrzask. Za wcześnie – zdążyła pomyśleć, nim
pierwsi z nich dotarli do linii obrony. Miało się palić jeszcze przez godzinę albo dłużej.
I wtedy coś walnęło o burtę, i to tak, że cała konstrukcja zatrzeszczała jak uderzona
pięścią olbrzyma. Raz, drugi, trzeci, spomiędzy desek, tworzących dno wozu, posypał się
piasek, usłyszała krzyki załogi i stukot drabin opieranych o drewno. I zaraz szczęk żelaza.
Coś... ktoś zawył i spadł, uderzył o ziemię ledwo stopę od niej, po drugiej stronie
drewnianego fartucha chroniącego dół, i został tam, rzężąc i charcząc, a dla niej przez kilka
uderzeń serca cały świat skurczył się do tego dźwięku, coraz cichszego i bardziej wilgotnego,
i do drapania o drewno, jakby konający ostatkiem sił chciał dostać się do obozu. To nie oni...
żaden z naszych... niemożliwe, żeby ktoś z załogi wypadł na zewnątrz...
Przez szczęk stali przebiło się kolejne głuche stuknięcie, jakby nad głową upadał jej wór
mokrego piachu, i cichy szept w
– Mamooo...
Śmierć jest sprawiedliwa, obdarza łaską obie strony.
Ponad nią jakby rozpętał się huragan. Wozem szarpało, olbrzym walił w burtę raz za
razem, a choć pojazd był tak potężny, że musiała go ciągnąć czwórka silnych koni, to
wydawało się, że lada chwila rozpadnie się na kawałki. Uderzenia żelaza o żelazo, sapanie,
wrzaski, tupot stóp przemieszczających się tam i z powrotem... Wdarli się, zrozumiała, jakimś
cudem impet niespodziewanego ataku przeniósł ich przez wysoką burtę i teraz wewnątrz
wozu trwa walka na śmierć i życie.
A w obozie strzały wciąż spadały nieprzerwanym gradem. Obróciła się na brzuch i
popełzła na czworakach pod dnami wozów. Wszystkie trzęsły się i trzeszczały, atak poszedł
wzdłuż całej łamanej linii. Lada moment koczownicy wedrą się do środka.
Minęła jeden i drugi pojazd, kierując się ku miejscu, gdzie wieczorem zostawiła wózek z
zapasami.
Pomoc. Potrzebują pomocy.
Złapał ją za nogę, zatrzymał. Po raz pierwszy na twarzy chłopca pojawiło się tak wyraźne
uczucie. Nie idź – prosił wzrokiem – nie idź.
Wóz, pod którym była, zatrząsł się nagle od zwycięskiego ryku.
–
I zaraz rozległ się odgłos rąbanych toporami desek.
– Puść. – Szarpnęła się i, o dziwo, puścił od razu. – Muszę iść.