Wózek czekał na nią jakieś piętnaście stóp od linii wozów bojowych, na szczęście już

pusty, choć dorobił się własnej kolekcji opierzonych drzewc sterczących w kilkunastu

miejscach. Lekka, czterokołowa konstrukcja z solidnym dnem i wysokimi burtami. Rzuciła

się szczupakiem pod spód. Stojąc na czworakach, opierała się grzbietem o dno, akurat na tyle,

by – gdy zacznie pełznąć – przesuwać pojazd ze sobą. Deski powinny wytrzymać spadającą

strzałę.

Po kilku jardach zrozumiała, że nie będzie łatwo. Wózek był cięższy, niż na to wyglądał,

właściwie nie dało się nim sterować, a strzały padały wokół jak letni deszcz. Stuk, stuk, stuk...

Kolejne brzechwy ozdobiły dno i burty. W ten sposób zanim sprowadzi pomoc, koczownicy

wyrżną wszystkich.

Głupi pomysł, głupi, głupi, głupi.

Wpadł pod wózek, bezceremonialnie przesuwając ją na bok. Rozejrzał się, na dwa

uderzenia serca zastygł bez ruchu, jakby zapadł w sen z otwartymi oczyma, po czym złapał

przednią oś i bez jednego stęknięcia uniósł ją w powietrze.

– Co...? Aaaaa...

Zrozumiała, uniesiona pod kątem konstrukcja nadal osłaniała ich przed strzałami, ale w

tej pozycji, przygarbieni, niczym starcy niosący wiązkę chrustu, mogli poruszać się szybciej,

ciągnąc po ziemi tylko tylne koła. Wsparła plecy o dno.

– Już!

To był dziwny bieg. Oś uwierała ich w plecy, uderzali piętami o deski, pociski padały

wokół, stukały o dno i boki ich osłony, a te, które już wbiły się w ziemię, smagały ich po

łydkach. Ale dali radę. To znaczy on dał radę, bo ona, prawdę mówiąc, nie podniosłaby

wózka nawet na stopę.

Nie unosiła głowy, bo jedna i druga strzała pogłaskały ją po włosach, nie widziała dalej

niż na kilka stóp przed sobą, więc prawie dała się zaskoczyć, gdy dotarli do drugiej linii

wozów, też upstrzonej pociskami, i już byli w bezpiecznym miejscu.

Między wozami mieszkalnymi zostawiono kilka szczelin nie szerszych niż łokieć, które

łatwo zastawić, ale w razie potrzeby to tędy przechodzą posiłki dla pierwszej linii wozów.

Chłopak przepchnął ją przez najbliższą, a sam znikł pod dnem wozu. Wypadając po drugiej

stronie, Key’la prawie odbiła się od tarczy ciężkozbrojnego piechura.

Dłoń w pancernej rękawicy złapała ją za ramię.

– Co tu robisz?! Wracaj do rodziny!

– Prze... przedarli się.

Puścił ją i pchnął lekko pod ścianę wozu. Rozejrzała się. Obrońców była tu jakaś setka.

Większość nosiła długie kolczugi, wielkie tarcze, włócznie, rohatyny, zębate gizarmy, ciężkie

topory i krótkie miecze. Powinni wystarczyć.

– Gdzie? – Ten, który ją złapał, pochylił się niżej. – Den’kaw!!!

Pojawił się potężny wojownik w hełmie ozdobionym rzędem cwałujących koni.

– Mów! Gdzie się wdarli?

– Tam. – Wskazała za plecy na pole wciąż zakwitające strzałami. – Zdobyli przynajmniej

jeden wóz.

– Des?

Jeden z piechurów wyłonił się z sąsiedniej szczeliny.

– Nic. Linia się trzyma. Nadal tylko marnują strzały.

Dowódca piechurów spojrzał na nią z góry.

– Dziecko, atak idzie wzdłuż całego Rogatego Grodu. We wszystkich miejscach naraz.

Konni szaleją próbują przewrócić wozy, nasi kąpią przedpole w ich krwi. A my czekamy na

wypadek, gdyby gdzieś rzeczywiście udało im się wedrzeć. Wracaj do rodziców, to nie

miejsce dla małych dziewczynek.

Złość uderzyła jej falą gorąca do głowy.

– Wdarli się, przynajmniej do jednego wozu, słyszałam. I rąbią zewnętrzne burty

toporami... i uderzyli pieszo... Tam są moi bracia, i zaraz zginą przez takich tępych...

głupich... wołów... którzy wolą się kryć za tarczami!

Anaho’la szarpało się jej w dłoniach w rytm słów, które zdawały się wyskakiwać z ust,

jak gorące węgle z pieca. Wojownik poczerwieniał i sięgnął ku niej ręką. Nim jednak

pancerna dłoń zdołała ją pochwycić, wślizgnęła się znów do szczeliny i wypadła na

przedpole.

Wokół nadal świstały strzały. Pochyliła głowę i runęła przed siebie, ku łamiącej się jak

zęby piły linii wozów bojowych, tam, gdzie rąbały topory.

Potrzebowali aż pięciu uderzeń serca, żeby za nią pobiec. Tępe woły w ciężkich zbrojach

i z wielkimi tarczami. Mimo wszystko Verdanno nie zostawiają swoich dzieci na pewną

śmierć.

Dogonili ją ledwo kilka kroków od najbliższego wozu. Trzech zbrojnych. Dwie tarcze

znalazły się przed nią, jedna na górze. Stuk, stuk, stuk. Kolejna strzała uderzyła w żelazną

krawędź tarczy z takim impetem, że drzewce poszło w drzazgi.

– Gdzie biegniesz, głupia?!

To był ten, z którym już rozmawiała. Tym razem jego uchwyt bolał, jakby mężczyzna

chciał zmiażdżyć jej kości.

– Słuchaj! – Szarpnęła się, rozrywając rękaw. – Słuchaj!!!

Zza wozów bojowych dobiegał ryk, szczęk stali, wrzaski rannych i konających. Oraz

odgłos wyłamywania desek, rąbania drewna.

Zastygli na mgnienie oka, wszyscy trzej.

– Tam nie ma konnych, atakują na piechotę! Z drabinami i czymś, co łamie burty wozów!

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги