Wojownik trzymający tarczę nad ich głowami odwrócił się, zamachał coś jedną ręką w
Za późno, zrozumiała to, gdy w najbliższym wozie ustał stuk toporów. Walka wciąż
trwała, ryki i szczęk broni nie umilkły ani na chwilę, lecz ten wóz, ledwo kilka kroków przed
nimi, zrobił się nagle bardzo, ale to bardzo cichy. I prawie w tej samej chwili deszcz strzał
osłabł, a ona poczuła, jak ziemia drży. Ten, który ją trzymał, zbladł i wyszeptał:
– Idą.
Złapali ją za ramiona, poderwali się na nogi i rzucili do ucieczki.
Nie wiedziała, co oznacza takie drżenie, do chwili, gdy burta wozu opadła i klapnęła o
ziemię, otwierając w szeregu pancernych pojazdów ogromne przejście. I to przejście zaczęło
wypluwać konnych.
Wjeżdżali po czterech, pięciu naraz, łomotali kopytami o zakrwawione deski i frunęli w
jej stronę. Trzy stopy to żadna wysokość dla dobrego wierzchowca. Widziała ich, jakby
płynęli w powietrzu, jak w złym śnie – skórzane pancerze zwierząt, błysk kolczug, szpiczaste
hełmy, okrągłe tarcze. Groty lanc wieńczące długie drzewca i szkarłatne proporce, tańczące
wokół nich niczym płomienie.
Kopyta uderzyły o ziemię po tej stronie barykady i wszystko przyspieszyło.
Najechali na nich, przewracając i tratując, i cała czwórka poszła w rozsypkę. Ten, który
miażdżył jej ramię w stalowym uścisku, gdzieś znikł, odrzucony na bok, i nagle leżała sama
pośrodku pola śmierci, wokół pędziły konie, a ich kopyta waliły o ziemię z siłą kowalskich
młotów. Ale żaden z jeźdźców nie pochylił lancy i żaden nie złamał szyku, by ją stratować.
Czasem dobrze jest być kimś takim małym i nieważnym.
Pawęż zatoczyła krótki łuk i wylądowała obok. Złapała krawędź i nasunęła ją na siebie
niczym ciężki koc, skuliła się, podciągając nogi pod szyję, pod wypukłym pancerzem było
dość miejsca dla trzech takich chucher. Coś łupnęło z góry, raz i drugi, kopyto – zdążyła
pomyśleć, tak walą podkute żelazem kopyta, a ten, który narzucił na nią tarczę, nie jest już
chroniony przez warstwy drewna okutego metalem. I nagle do łoskotu kopyt dołączyły inne
dźwięki, szczęk stali, krzyki ludzi, kwik ranionych koni... Obie strony dały się zaskoczyć.
Verdanno szybkością ataku i sprawnością, z jaką koczownicy uderzyli na obóz, a Se-
kohlandczycy tym, że za pierwszą linią obrony nie rozciąga się pogorzelisko, tylko mur z
wozów mieszkalnych, skąd szyto do nich jak do słomianych tarcz i skąd wylewał się
nieprzerwanie strumień ciężkiej piechoty. I to piechoty, która nie zamierzała uciekać ani
opancerzać się tarczami, tylko atakowała zaciekle, dźgając włóczniami, ściągając konnych z
siodeł hakami gizarm i rohatyn, tnąc wierzchowce po pęcinach i prując im brzuchy.
Odważyła się wysunąć głowę spod tarczy.
Nie dalej jak trzy kroki od niej leżał strzęp człowieka. Ręce i nogi rozrzucone pod
dziwnym kątem, podziurawiona kolczuga, twarz zmiażdżona uderzeniem ciężkiego kopyta.
Nie miał tarczy.
Odwróciła wzrok.
Walka trwała wzdłuż całej linii wozów mieszkalnych, lecz najwyraźniej koczownicy
zorientowali się już, że ich atak się nie powiedzie, bo przez wyrwy w Rogatym Grodzie nie
wlewały się kolejne fale jeźdźców. Część piechoty biła się z nimi na przedpolu, kłując, siekąc
i dźgając. Z głębi obozu wciąż napływały posiłki, które tworzyły mur wzdłuż wozów
mieszkalnych lub zajmowały pozycje na ich dachach. Kusze i łuki miały swoją chwilę.
Zabrzmiały ostre gwizdy i jeźdźcy zaczęli zawracać konie, sprawnie i bez paniki, która
zakorkowałaby wąskie przejścia masą uciekających. Po dwóch, trzech odrywali się od
kąśliwej piechoty i rozpędzając wierzchowce do skoku, znikali w wyrwach po zdobytych
wozach. Niektórzy zatrzymywali się po kilkunastu krokach, zawracali i przyjmowali na siebie
impet kontrataku, żeby ich towarzysze mogli się wycofać. Na oczach Key’li jeden z
koczowników rzucił się do szaleńczej szarży i padł przeszyty kilkoma strzałami, a inny
zeskoczył z konia, by wesprzeć podnoszącego się z ziemi towarzysza i razem, ramię w ramię,
pokuśtykali przez usłane trupami pole.
Kto powiedział, że odwaga ma być przymiotem tylko jednej ze stron?
I w tym momencie jej szczęście się skończyło.
Koń jednego z galopujących do zbawczego wyjścia Se-kohlandczyków zarżał nagle i
zaszurał tylnymi nogami po ziemi, jeździec zdążył wyrzucić stopy ze strzemion i zeskoczyć z
siodła, nim nieszczęsne zwierzę przewróciło się na bok. Koczownik nawet się nie obejrzał,
przetoczył tylko przez ramię i złapał za pierwszą osłonę, która mogła ochronić go przed
strzałami.
Tarczę, pod którą leżała.
Pisnęła i zacisnęła kurczowo dłonie na uchwycie, ale był silny jak wół. Poderwał ją razem
z pawężą, przez czas krótszy niż machnięcie skrzydeł wróbla widziała jego oczy, ciemne i