gniewne, a potem machnął ręką na odlew i uderzył ją otwartą dłonią. Czuła, że upada, a

potem, że unosi się w powietrzu i płynie, w głowie miała tylko szum i szelest, lecz gdzieś w

oddali, ponad kakofonią pobliskiej bitwy, usłyszała je, długie rogi bojowe prowadzące

rydwany do szarży, i coraz bardziej naglące gwizdki koczowników.

Wrócili...

Wiedziałam, że wrócą.

Porywacz przeskoczył przez wóz i poniósł ją w ciemność.

* * *

Rankiem Rogaty Gród już nie istniał.

Wozy rozpinano całą noc, a w tym czasie dwadzieścia Fal spychało koczowników coraz

dalej na wschód. Awe’aweroh Mantom przyprowadził z powrotem przeszło cztery tysiące

rydwanów, w samą porę, by uderzyć na wycofujące się po nieudanym szturmie a’keery.

Dołączyło do niego pięć tysięcy rydwanów pozostających w obozie i odwrót koczowników

zamienił się w rzeź, zwłaszcza w tych miejscach, gdzie zaatakowali pieszo. Wozakom udało

się nawet zamknąć w Jedwabnych Kręgach dwa wielkie, liczące po tysiąc koni oddziały,

które wystrzelano do ostatniego człowieka.

Ale to był ich największy sukces tej nocy.

Obóz stracił ponad sto wozów bojowych. Załogi pozostałych były mniej lub bardziej

poharatane. Nie udało się wyprowadzić z niego Pancernych Węży, by wspomóc walczące

Fale. Nie udało się wystarczająco szybko zmiażdżyć obozowiska Syna Wojny. Se-

kohlandczycy stawiali opór na tyle długo, by umknąć, a choć stracili połowę stad i część

tabunów, większość ich sił uciekła i rozproszyła się po wyżynie. Wszyscy wiedzieli, że nie

miną trzy dni, a Kyh Danu Kredo zbierze ich z powrotem.

Teraz załogi rydwanów naciskały na nich, spychając coraz dalej od gór, lecz unikając

walnej bitwy. Syn Wojny nie zginął rozbity, a tylko głupcy wierzą w ucieczkę koczowników.

Emn’klewes Wergoreth stał na zewnątrz linii wozów, ustawianych właśnie w długą

kolumnę, i patrzył. Pancerny Wąż podnosił się z leża jak olbrzymia, mityczna bestia, trochę

poszarpana, lecz przez to bardziej wściekła i niebezpieczna. Jego obowiązki jako Boutanu

właśnie się skończyły, teraz pora na Oko Węża.

Zerknął na stojącego kilka kroków dalej And’ewersa. En’leyd był przygarbiony, jakby

ktoś zarzucił mu na plecy jego własne kowadło. Pięści zaciskał tak, aż wydawało się, że

popęka mu skóra na kłykciach. Przyjacielu, pomyślał Emn’klewes, bo żadne słowa nie miały

tu sensu, przyjacielu... Żaden z nas nie może być tarczą dla własnych dzieci od ich

pierwszego do ostatniego oddechu.

Westchnął cicho i podszedł do kowala.

– Lis się uczy – mruknął. – I to szybciej, niż moglibyśmy tego sobie życzyć.

Przed nimi, na byłym przedpolu, leżał przewrócony taran. Cztery wysokie na dwadzieścia

stóp belki powiązane ze sobą z jednej strony i rozstawione jak szkielet wielkiego namiotu.

Oraz wiszący pod nimi poziomy drąg z łbem z brązu. Zamkowego muru nie można tym

zarysować, ale tej nocy niejedna burta pękła pod ciosami takiej pięści. Na dodatek całość

mogła być przenoszona przez zaledwie kilku mężczyzn, jedni niosą podstawę, a drudzy taran

i w kilka chwili ustawiają je tam, gdzie chcą.

– Trzeba będzie kopać głębsze rowy. A pale wbijać na większą szerokość, żeby nie mogli

do nas tak łatwo podejść. – Kowal nie odrywał wzroku od tarana. – Całość jest mało stabilna,

gdyby zarzucić na szczyt linę i solidnie pociągnąć, przewróci się.

– Wiem. Też mam oczy.

– Gdyby nie zaatakowali nocą z takim impetem, nie udałoby się im, Emn.

Akurat on nie potrzebował pocieszenia.

– Nie zdobyli obozu – przypomniał łagodnie. – I nie zdobyliby go, nawet gdyby nasze

rydwany nie wróciły.

– Wiem. Rogaty Gród to był jednak dobry pomysł. A co zrobisz z tym?

„To” było rodzajem długiej na trzydzieści stóp, zbitej z desek rampy zaopatrzonej z

jednego końca w żelazne szpony, którą koczownicy podciągnęli w kilku miejscach do linii

obrony, zarzucili na burty i dostali się po niej do środka. Wyjątkowo skuteczna metoda, tam,

gdzie Se-kohlandczykom udało się podciągnąć rampę, zostawał wóz wypełniony trupami.

– Coś wymyślę. Jeż też się uczy. Już więcej nie uśpią naszej czujności.

Zamilkli na chwilę.

– Jeńcy mówią, że Amanewe Czerwony i jego Sahrendey ruszyli już na północ.

– Więc będzie miło ich spotkać. Mam nadzieję, że to my dotrzemy do nich pierwsi.

Tak. We wszystkich obozach wznoszono modły do Laal, by to właśnie ich obdarzyła tą

łaską.

– Has rozmawiał z Orne. Nie wygląda na zadowolonego.

– Najwyższy czas, żeby wstał z łóżka. Jego pomocnicy nie na wiele się zdadzą, gdy

pojawią się prawdziwi Źrebiarze.

Podszedł do nich goniec. Wyprężył się na meekhański sposób i nie patrząc And’ewersowi

w oczy, zameldował:

– Ściana północna gotowa. Łeb też. Południowa porządkuje szyk.

– Niech się pospieszą. Obóz Aw’lerr nie będzie czekał.

– Rozkaz.

Obóz Aw’lerr miał zjechać na wyżynę zaraz po nich. Plany kolejny raz się zmieniły,

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги