musieli zrezygnować z utrzymania przyczółka pod rampą, a obozy miały przechodzić przez
góry najszybciej, jak się da, i natychmiast ruszać na wschód. Po drugiej stronie skalnej ściany
rosły niebotyczne stosy porzuconych rzeczy, z rodowych wozów wywalano stuletnie meble,
porcelanowe zastawy sprowadzone za szczere złoto z odległych o tysiące mil królestw,
żeliwne piece i ozdobne łóżka. Wszystko, co obciążało konie. Także każdy wóz, który nie był
niezbędny, lądował na dnie przepaści. Pani Wiatrów i same Olekady nigdy nie zostały
uczczone ofiarą z większego bogactwa. A koczownicy, jeśli to do nich uśmiechnie się
Maycha, nie uszczkną z niego nic.
Tak... Plany się zmieniły. Obóz New’harr miał iść przodem i ściągnąć na siebie całą
uwagę. Obóz Aw’lerr miał dołączyć do niego po dwóch dniach, lecz przez ten czas będą
skazani na własne siły. Jeśli nadciągną pozostali Synowie Wojny, a same demony Mroku
wiedzą, gdzie oni teraz są, będzie ciekawie.
– Coś jeszcze?
Posłaniec zmieszał się wyraźnie.
– Sar’weyro Biały pyta, co z bydłem.
Cały ranek o tym rozmawiali.
– Wybić. Ma czas do południa, potem nas dogoni.
Tak, wybić. Zdobyczne bydło obciążałoby Pancernego Węża. Dziesięć tysięcy sztuk
pójdzie pod nóż, a stada padlinożerców wzniosą dziękczynne modły ku niebu. Sar’weyro
Biały dowodził Falą, która miała być ariergardą karawany, i już na początek trafiło mu się
paskudne zadanie.
Młody goniec wyprężył się jeszcze raz i nadal unikając wzroku kowala, potruchtał z
powrotem.
Wszyscy już wiedzieli. Wieść, że
obozie, przeskakując między wozami jak pożar.
plotkom z zastraszającą szybkością.
Tysiące Wozaków straciło tej nocy synów, ojców i braci, ale w historii małej
dziewczynki, która biegając pod gradem strzał, sprowadziła posiłki w zagrożone miejsce,
było coś, co z każdą chwilą obrastało legendą. Verdanno zawsze lubili takie opowieści, a
Lecz przy And’ewersie wszyscy zachowywali się z tym pełnym śmiertelnej powagi
respektem, który opada człowiekowi na barki jak płaszcz przesiąknięty krwią.
Rozległ się dźwięk rogów, oznajmiający, że środek obozowiska jest gotów do drogi. Pięć
tysięcy wozów, w tym tysiąc bojowych, ustawiało się w olbrzymi prostokąt długi na milę,
szeroki na ćwierć. Największy Pancerny Wąż w historii świata miał lada moment wyruszyć w
wędrówkę.
– Jak daleko chcesz dziś dotrzeć?
– Do Kalero.
– Dwadzieścia mil? Nie za daleko jak na pierwszy dzień? Z dzieciakami, które nigdy nie
jeździły w prawdziwej karawanie?
– To ich karawana i muszą się tego nauczyć. A jutro zrobimy dwadzieścia pięć i
zatrzymamy się przed Sanawami. Chcę wjechać na wzgórza o świcie, bo nie mam zamiaru
przebijać się przez nie nocą z koczownikami na karku, a pojutrze rano, najpóźniej koło
południa, być nad rzeką. Za Lassą będzie łatwiej.
Za Lassą. Siedemdziesiąt mil stąd. O tej porze roku pęczniała wodami z topniejących w
górach śniegów i przypominała wielką, szarobrązową żmiję, pełznącą leniwie przez wyżynę.
Nie było sposobu, by ją ominąć, a najbliższy bród wystarczająco szeroki, by obóz New’harr
nie ugrzązł przy nim na miesiąc, znajdował się dokładnie pośrodku wzgórz Sanawami.
Wszyscy liczyli się z tym, że właśnie tam wody Lassy zmienią kolor na czerwony. Bo w
ciągu dwóch dni koczownicy zdążą się już zapewne pozbierać.
– Coś jeszcze? – Kowal odwrócił się nagle i spojrzał Emn’klewesowi w oczy. –
Przyszedłeś w konkretnej sprawie, czy chciałeś tylko popatrzeć na starego głupca, który nie
potrafi upilnować własnej rodziny?
Ten głos. Zardzewiałe żelazo i wypalone węgle. Nic dziwnego, że wszyscy chodzili na
paluszkach.
– Myliłeś się.
– Co?
– W sprawie rydwanów. Poradzili sobie i wrócili.
Pięści zatrzeszczały.
– Ona nie jest Falą rydwanów... a ja powinienem...
– Nie! – Przerwał mu krótko, ostro, jak chyba nikt od lat nie ośmielił się przerywać
And’ewersowi. – Nie zaczynaj się użalać!
będziesz musiał w czasie marszu zostawić kogoś na pewną śmierć albo posłać Falę do
samobójczego ataku. To twój ciężar, twoja rola. Masz mieć serce z kamienia albo zwołam
Radę Obozu i odbiorę ci dowództwo. Ci, co zostali, nie mogą czepiać się twoich kół.
Kowal zrobił krok w jego stronę, pochylił się, zawisł jak waląca się góra.
– Nie prosiłem o ten zaszczyt – wycedził powoli, akcentując każde słowo.
– Wiem. Byłem wśród tych, którzy założyli ci chomąto na szyję. Ale pamiętasz, dlaczego
je przyjąłeś?
Twarz And’ewersa pociemniała.
– Bo nie było nikogo innego...
– Tak. Nikogo z twoim doświadczeniem. A twoje dzieci i tak by pojechały. Nie
zatrzymałbyś ich. Moje też się wyrywały do drogi, cała szóstka. Zostawiłem w Imperium