osiem warsztatów rymarskich, dwanaście sklepów i kontrakt na dziesięć tysięcy orgów na
dostawę siodeł do Ósmego Pułku Kawalerii. – Uśmiechnął się nagle, wbrew sobie z pewnym
rozrzewnieniem. – Mógłbym zarobić te dziesięć tysięcy, ale dla kogo? Dla durnego starca
siedzącego przed wozem i zapijającego się na śmierć, którego spotkałbym w lustrze za
kilkanaście lat? A poza tym...
Zawahał się, przykucnął i zagłębił dłonie między korzenie traw.
– Czujesz? – Podsunął kowalowi pod nos uwalane czernią palce. – Ona woła do moich
kości. Gdy tylko stanąłem po tej stronie gór... Nie wrócę do sklepów i kontraktów z armią. To
moja ziemia.
– Oni – And’ewers wyprostował się powoli i skinął głową na wschód – twierdzą co
innego.
– A więc chodźmy i wyprowadźmy ich z błędu.
* * *
Niewola śmierdzi.
Nie strachem, bo strach ma swoje granice i w pewnym momencie zamienia się w
mroczny stupor, w którym człowiek nie odczuwa już kolejnych uderzeń i kopnięć, a na widok
odsłoniętego ostrza odchyla tylko gardło, czekając na cios.
Nie śmierdzi też krwią i – co jest bardziej upokarzające niż obrzydliwe – moczem.
Spędziła połowę nocy i większość poranka przerzucona jak jakiś tobół przez koński grzbiet,
twarzą do dołu, z nogami majtającymi w powietrzu i łękiem siodła wbijającym się w pęcherz.
I w końcu popuściła. Odrobinę, ale jednak.
I nie śmierdzi wyprawioną skórą, końskim potem ani spoconą stopą w skórzanym bucie,
która od czasu do czasu boleśnie zahaczała o jej głowę.
Nie, niewola śmierdzi wilgotną wełną, brudnym gałganem oderwanym od jakiejś szmaty,
której przeznaczenia lepiej nie dociekać, i owiniętym na jej twarzy tak, że prawie się udusiła.
Śmierdzi zaschniętym potem i brudem tak starym, że pamięta chyba chwilę, gdy Laal
Szarowłosa otworzyła pierwszym Verdanno drogę na Wyżynę Lytherańską.
Jechali na wschód. Tyle mogła ustalić po kierunku, z jakiego słońce grzało jej plecy.
Przez pierwsze godziny pędzili na zmianę galopem i cwałem, z paniką wczepioną w końskie
grzywy jak młody kociak w kłębek wełny. Czuła tę panikę, panikę koni, która spływała na nie
z jeźdźców, i mimo że była już martwa, serce w niej śpiewało. Wrócili. Der’eko i bliźniacy
wrócili razem z resztą rydwanów i starli napastników z powierzchni ziemi. Obóz New’harr
okazał się zbyt potężny nawet dla dziesiątków tysięcy koczowników.
Bała się, rzecz jasna, jak każdego małego tchórza strach łapał ją za gardło i tłumił dech,
ale i tak miała ochotę śmiać się na głos. Wrócili.
I nieważne, że wcześniej porywacz, wrzeszcząc coś w swoim barbarzyńskim języku,
rzucił ją z wściekłością na ziemię i kopnął kilka razy, aż trafiona nerka eksplodowała ogniem.
Nieważne, że związał jej brutalnie ręce na plecach, zaciskając rzemienie z siłą zdolną
połamać kości, a twarz omotał brudną szmatą. Nieważne, że rzucił ją w krąg swoich
towarzyszy, w koło pełne uderzeń pięści, kopnięć i ostrzy, które cięły jej ubranie i skórę. I
nieważne też, że umarła jako dziecko wozów, jako Verdanno, w chwili, gdy przerzucił ją
przez koński grzbiet i sam wskoczył na siodło.
Ważne, że cokolwiek koczownicy zaplanowali dla Fal, nie udało się i teraz uciekali spod
Olekadów jak stado zbitych psów.
W miarę jak noc kładła się spać, ustępując miejsca dniu, jechali coraz wolniej, za to w
coraz liczniejszym towarzystwie. Mogła to ocenić po łoskocie kopyt i odległych
nawoływaniach, gdy poszczególne grupy jeźdźców odnajdywały się na stepie. Wkrótce z
kilkudziesięciu koni zrobiło się co najmniej kilkaset, a okrzyki przycichły do groźnych
pomruków. Ojciec miał rację, koczowników można pokonać i rozbić, ale jeśli nie
zdziesiątkuje się ich od razu, zbiorą się znów w kupę, jak krople wody ściekające po
ściankach misy. Verdanno wygrali bitwę, lecz z pewnością nie wojnę.
Porywacz nie zwracał na nią większej uwagi, zupełnie jakby była zwykłym tłumokiem
wypchanym śmieciami. Od czasu do czasu, gdy już niemal zsuwała się między kopyta, łapał
ją brutalnie w pasie i poprawiał. Nie jęczała ani nie szlochała, co zdawało się go lekko
irytować, bo przy okazji kilka razy boleśnie ją uszczypnął, a raz szarpnął za związane na
plecach ręce, jakby chciał wyłamać barki.
Poza tym całkowicie ją ignorował.
Zatrzymali się, gdy słońce minęło już zenit. Nic nie widziała, kiedy nagle wybuchł
wściekły gwar i ze wszystkich stron otoczyły ją gniewne, przekrzykujące się głosy,
przerywane dzikimi wrzaskami. A potem, w chwili gdy wydawało jej się, że zaraz w ruch
pójdą szable i topory, rozległy się ostre gwizdy i hałas umilkł jak ucięty nożem. Ktoś wziął
koczowników w karby, szybko i skutecznie.
Jeździec zeskoczył z siodła i ściągnął ją na ziemię. Zakręciło jej się w głowie i gdyby
miała czym, to by zwymiotowała, ale ustała na nogach. Se-kohlanczyk złapał ją za ramię i