poprowadził. Słyszała setki, nie, tysiące koni, ale głosy ludzi ograniczyły się do cichego

szmeru i rzadkich krótkich komend. Ktokolwiek narzucił im swoją wolę, nie znosił

sprzeciwu.

Mężczyzna zatrzymał ją nagłym szarpnięciem, posadził na ziemi i przywiązał do wbitego

w ziemię kołka. Po czym znikł. Westchnęła ostrożnie, obite o siodło żebra i brzuch bolały,

lecz nacisk na pęcherz odrobinę zelżał, więc istniała szansa, że się nie zsika. Z jakiegoś

powodu było to w tej chwili dla niej najważniejsze. Nie zsikać się, nie upokorzyć, mogą mnie

zabić, ale nie zobaczą kałuży moczu na moim ubraniu.

Gwar wokół tętnił w swoim rytmie, ktoś krzątał się za jej plecami, najpierw jedna osoba,

potem kilka, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Młoty waliły, wbijając w ziemię drewniane

kołki, zaszeleścił materiał, zapachniało dymem. Obóz, zrozumiała, rozbijają obóz.

Ta świadomość ścisnęła jej serce. Obóz – spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli

koczownicy zakładają obóz, to znaczy, że czują się bezpiecznie, że naszym nie udało się ich

rozbić...

Naszym... Nie ma już naszych. Ta myśl była jak garść zimnego błota, którą ktoś wrzucił

jej za kołnierz, spływała w dół, mrożąc kolejne partie ciała. Jechała na koniu, wbrew własnej

woli, ale z pewnością nie zrobiła wszystkiego, żeby tego uniknąć. Mogła walczyć i dać się

zabić, a nie pozwolić, by wrzucili ją na siodło.

Der’eko też – napłynęła myśl – też jechał konno, a przecież nie został wykluczony z

rodziny. Ale Pierwszy to Kanewey Fali, dowodzi pięcioma setkami rydwanów i jakikolwiek

grzech by wziął na barki, zmaże go krwią wrogów. A co ona może zrobić? Wypleść więcej

wiklinowych płotków?

Gdzieś z boku wybuchł zgiełk, z początku groźny, potem – co ścisnęło jej serce – coraz

bardziej radosny. Okrzyki i śmiechy zbliżały się i nagle ktoś podszedł i zdarł jej szmatę z

głowy. Pobrużdżona wiatrami, przecięta krzywo zszytą blizną twarz znalazła się tuż przed

nią. Wąskie oczy zmrużyły się.

– No, mała sawenjo, patrz. Patrz, co zostaje z głupców, którzy myślą, że koła są lepsze od

nóg i kopyt.

Key’la nie zerknęła we wskazanym kierunku, całą uwagę poświęcając mówiącej. Bo to

była kobieta, obcisły skórzany strój nie zostawiał co do tego żadnych wątpliwości; stara, z

siwymi kudłami zaplecionymi w kilka lichych warkoczyków. Mówiła w meekhu, języku

Imperium, choć z potwornym akcentem i dziwacznie przeciągając zgłoski.

– Wiem, że mnie rozumiesz, wy wszyscy mówicie teraz po meekhańsku. Tam. – Kobieta

złapała ją za ucho i szarpiąc, zmusiła do obrócenia się we wskazaną stronę. – Jeśli nie

popatrzysz, wytnę ci powieki.

Nie żartowała, wąski nóż zaświecił Key’li w oczy. Ale i tak by ich nie zamknęła.

Szeroką uliczką, utworzoną między rozbitymi namiotami, jechały rydwany. A raczej to,

co z nich zostało. Konie ciągnęły rozbite burty albo szły same, a złamane dyszle orały ziemię.

Czasem rydwan miał tylko jedno koło, a czasem został z niego sam zakrwawiony kosz.

Zwierzęta też nie wyglądały lepiej, ich pikowane pancerze jeżyły się drzewcami strzał,

niektóre ledwo dreptały, znacząc ziemię krwawymi plamami. Nie trzeba było zdolności

jasnowidza, by wiedzieć, że nie dożyją nocy. Duma i szczęście Verdanno konały właśnie w

se-kohlandzkim obozie.

Najwięcej radości sprawiały koczownikom dwa ostatnie rydwany, na jednym –

przyszpilony dzirytem do wiklinowej burty – siedział młody woźnica. Gdyby nie głowa

kołysząca się z boku na bok i olbrzymia plama czerwieni na piersi, można by pomyśleć, że

uciął sobie drzemkę. Drugi zaprzęg ciągnął za sobą coś, co jeszcze kilka mil wcześniej

musiało być ludzkim ciałem. Rydwan rozpadł się na kawałki, lecz zaplątany w rzemienie

Wozak przejechał chyba przez połowę równiny. Na oczach Key’li kilku wyrostków

doskoczyło do trupa i zaczęło okładać go kijami, przy wtórze wrzasków podnieconej tłuszczy.

Tak, zrozumiała, rozglądając się po obozie, właśnie tłuszczy. W pobliżu było niewielu

wojowników, otaczający zdobyczne rydwany tłum tworzyły głównie kobiety i dzieci w

różnym wieku oraz grupki starców o twarzach jak garbowana, źle natłuszczona skóra.

Wojownicy, w tym i jej porywacz, byli w polu, walcząc – jak widać skutecznie – z wozackimi

Falami. Eso’bar miał rację, rydwany nigdy nie pokonają jazdy.

Nie oderwała wzroku od ostatniej pary koni i czegoś, co musiało być kiedyś jej rodakiem,

może nawet widziała go w czasie ćwiczeń, jak szczęśliwy niczym dziecko ciska oszczep w

belę słomy. Z pewnością nie tak to sobie wyobrażałeś, prawda?

Jej spojrzenie musiało przyciągnąć uwagę wyrostków okładających ciało, bo nagle jeden,

po nim drugi, a po chwili reszta oderwała się od tego zajęcia i zamarła w pół ruchu, wpatrując

się w nią wzrokiem młodych wilków, którym pod nos podsunięto związaną kozę. Kolumna

zdobycznych rydwanów oddaliła się w głąb obozu, wywołując kolejne fale radości. Nie ma to

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги