jak dowody zwycięstwa.

Ciężki kij pofrunął w powietrzu i uderzył ją w ramię. Chłopcy zaśmiali się krótko,

szczekliwie i obrzucili pytającym wzrokiem siwowłosą kobietę. Ta przez chwilę miała minę,

jakby coś rozważała. Oceniła wyrostków, gromadzący się za ich plecami tłumek, wartość

więźnia. Wreszcie splunęła siarczyście na ziemię i mruknęła:

– Trudno. Gdybyś była parę lat starsza, pewnie mój syn miałby pretensje, że mu łupu nie

upilnowałam, ale wtedy nie przywiązałby cię w tym miejscu. Jak nie będziesz się za bardzo

rzucać i piszczeć, szybko się znudzą i raz-dwa skończą. Baw się dobrze, mała sawenjo.

I znikła w namiocie.

Key’la została sama.

Chłopcy stali i patrzyli na nią, uśmiechając się szeroko. Pięciu, policzyła, a każdy na oko

trzy-cztery lata starszy od niej. Za młodzi, by walczyć w siodle, ale za rok albo dwa z

pewnością znajdzie się dla nich miejsce w jakimś a’keerze. Dobrze, żeby wcześniej

posmakowali krwi.

Ruszyli, poszturchując się okrwawionymi kijami i dodając sobie nawzajem odwagi.

Okładanie trupa wleczonego przez zaprzęg, bogowie wiedzą ile mil po stepie, a zatłuczenie

żywej dziewczynki to jednak dwie różne sprawy. Pałki kołysały się jakby niepewnie, twarze

wykrzywiały w zbyt sztucznych uśmiechach. Wystarczyło jednak, że spojrzała im w oczy, by

zrozumieć, że nic ich nie powstrzyma. Tu chodziło właśnie o odwagę, a żaden nie miał jej

wystarczająco, by zrezygnować. Nie można okazać wahania przed własnymi

współplemieńcami.

Patrzyła na nich spokojnie, zdumiona własną obojętnością. Stara kobieta miała rację, jak

szybko się znudzą, użyją noży, które mieli przy pasach, i będzie po wszystkim. Siedziała na

ziemi, rzemień, którym ją przywiązano do kołka, miał najwyżej stopę luzu, za mało, by się

poderwać czy unikać ciosów. Przesunęła się tylko nieco, żeby kołek nie wbił się jej w

kręgosłup, głupia ostrożność, ale cóż, jak się jest małym tchórzem, to boi się nawet odrobiny

bólu. Przynajmniej nogi miała wolne. W sumie, dlaczego nie? Jak się ma gromadę starszych

braci, to dziewczyna uczy się kilku sztuczek. A rozzłoszczeni... Podobno ostrze wnikające w

serce jest jak lodowy pocałunek przynoszący ukojenie. Zacisnęła zęby.

Najmłodszy z nich wysunął się przed resztę, uśmiechając się szeroko. Tak. To zazwyczaj

są najmłodsi, ci, którzy muszą się wykazać. Skoczył nagle do przodu z dzikim okrzykiem,

próbując kopnąć ją w pierś. Przewróciła się na plecy, podciągając kolana pod brodę, a

chłopak wylądował nad nią niemal okrakiem. Przez czas, w jaki spadająca kropla pokonuje w

locie swoją długość, widziała w jego oczach przerażanie. Wiedział, co będzie.

Kopnęła obiema nogami w górę z taką siłą, że aż stopy poderwały mu się z ziemi. Trafiła

idealnie, tam, gdzie żaden chłopak nigdy nie chciałby zostać trafiony, a efekt przerósł

najśmielsze oczekiwania. Napastnik kwiknął, obrócił się w powietrzu i gruchnął na ziemię już

zwinięty w kłębek, wydając z siebie coś pomiędzy skomleniem a zdławionym szlochem.

Usiadła z powrotem i w tej samej chwili spadły na nią ciosy. Pozostała czwórka nie

bawiła się w popisowe kopnięcia i wyskoki. Po prostu otoczyli ją ze wszystkich stron i zaczęli

okładać pałkami. Łup, łup, łup, łup... Dostała w ramię, w łopatkę, w bark, w udo i w drugie

udo, a każdy z ciosów był jak kopnięcie konia. Uderzenie i rozchodząca się fala bólu, która

zawsze, nie wiedzieć czemu, wędrowała w kierunku żołądka. Przewróciła się na bok,

podkuliła nogi, szarpnęła rzemień w daremnej próbie osłonięcia głowy. Nie zakrzyczy.

Tylko że oni – nie wiedzieć czy nauczeni krwawym doświadczeniem, czy przypadkowo –

nie bili po głowie. Za to po chwili opanowali gniew i uderzali powoli, z namysłem, bardzo

precyzyjnie, a każdemu razowi towarzyszyły pochwalne okrzyki gapiów. Łup – ramię, łup –

goleń, łup – łokieć... Fale gorąca pulsowały po każdym trafieniu, nagle któryś z ciosów trafił

w nerkę, a wtedy wyrwały się na zewnątrz krótkim, strasznym krzykiem, którego nie była w

stanie kontrolować. Jakby to nie ona krzyknęła. I zaraz zadławiła się kwaśną flegmą, bo

żołądek szarpnął się ostrym skurczem i zwymiotowała.

Jak przez grubą warstwę wełny usłyszała okrzyki i śmiechy, ktoś nadepnął jej na głowę i

wepchnął w to, co przed chwilą wyrzuciła z siebie. Śmiech.

Po chwili chłopak zdjął nogę i postawił przed jej twarzą. Wciąż się śmiejąc, usiłował

zgarnąć piętą wymiociny i wepchnąć jej w usta. Skórzany mokasyn, przykrótkie spodnie, goła

łydka.

Błąd.

Wystrzeliła głową do przodu i zacisnęła zęby na śniadej skórze. Z całej siły, jakby była

wygłodzoną kuną dopadającą kury. Poczuła opór i nagle usta wypełniło jej słone ciepło.

Młody koczownik zawył, walnął ją na oślep kijem, ale tylko szarpnęła się mocniej i

głębiej wbiła zęby. Śmiech ucichł i przez chwilę wyglądało na to, że nikt nie wie, co zrobić. A

potem poczuła uderzenie w głowę i świat eksplodował wszystkimi gwiazdami. I kolejne, w

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги