potylicę, po którym bezwiednie otworzyła usta, a ugryziony chłopak odkuśtykał poza zasięg
jej zębów, pojękując przy każdym kroku. Wtedy ciosy zaczęły spadać jak grad, jakby znalazła
się w kręgu nie trzech, lecz trzydziestu prześladowców, którzy na dodatek mieli po kilka
kończyn. Nogi, ręce, brzuch, pierś. Tym razem byle jak, byle szybciej i mocniej. I głowa. I
jeszcze raz głowa.
Po kolejnym uderzeniu ogarnęło ją dziwaczne uczucie, jakby leciała w powietrzu,
rzucona ręką olbrzyma.
Tak, pomyślała wraz z uciekającą świadomością. To teraz.
I nagle ziemia zadrżała, a otaczający ją tłum zakrzyczał dziko, ale już nie triumfalnie. Coś
ogromnego wpadło na chłopców, którzy rozpierzchli się jak stado kuropatw, bat rozwinął się i
trzasnął, raz, drugi, trzeci, a każdemu trzaśnięciu towarzyszył okrzyk bólu.
A potem świsnęła stal i nie była już przywiązana do wbitego w ziemię kołka, co nie miało
znaczenia, bo i tak nie czuła własnego ciała. A raczej czuła, ale tak, jakby ktoś urwał jej
głowę i przyszył do worka wypełnionego kawałkami mięsa i kości.
Podniesiono ją za ramię i znów znalazła się na końskim grzbiecie. Z tej pozycji trudno
coś zauważyć, zwłaszcza kiedy wzrok ucieka i wszystko rozmywa się w szare plamy, lecz
gdy go skupiała, widziała wyraźnie gniew, wrogość i pogardę na twarzach otaczających ją
ludzi. Nikt jednak nie patrzył na nią, celem tych spojrzeń był jeździec, który ją uwolnił.
W niektórych dłoniach pojawiła się broń, oszczepy, noże, toporki. Nieartykułowane
okrzyki zamieniły się w wyraźne groźby, nie rozumiała języka, ale słowa dały się rozróżnić.
Jeździec parsknął coś, odwarknął i zakręcił koniem, trzaskając batem w powietrzu. Jego koń...
Pani Stepów, dopiero teraz zauważyła, jaki był wielki, w porównaniu z nim poprzedni
wydawał się mułem, a jego właściciel – rozmazany wzrok zaczepił o stopę w zdobionym
srebrem strzemieniu – był równie ogromny. To stąd ten strach, zrozumiała.
Bo choć na twarzach tłuszczy była nienawiść i pogarda, to w oczach większości czaił się
lęk. Tuż obok niej ktoś zakrzyczał z bólu. Przekręciła głowę, wierzchowiec, czarny jak
najciemniejsza noc, ucapił zębami za ramię jednego z jej prześladowców i wyglądało to tak,
jakby wilczyca trzymała w pysku młode. Jedno zaciśnięcie szczęk, a chłopak zostanie kaleką
do końca życia. Jeździec zaśmiał się i rzucił kilka słów, a koń potrząsnął łbem i puścił swoją
ofiarę. Nie widziała, dokąd chłopak uciekł.
I znów zaczęli się kręcić w kółko, znów było trzaskanie z bata i pogardliwe warknięcia.
Prowokował ich, zrozumiała, sam w tłumie, tylko z batem w ręce, prowokował ich do ataku, a
oni nie mieli odwagi...
Zza najbliższego namiotu wyjechało kolejne zwierzę. Siwek, równie ogromny co ten
kary. Gdyby miała porównywać, powiedziałaby, że był o piędź wyższy w kłębie od koni,
które Verdanno zaprzęgali do rydwanów. A jego jeździec... Gdyby zsiadł, przenosiłby
wszystkich koczowników o głowę. Nawet na tym koniu wyglądał jak dorosły dosiadający
kuca. Miał ciemną cerę, skośne oczy i twarz przeciętą kilkoma białymi smugami. Włosy
strzygł krótko, a czarna broda i wąsy nadawały jego obliczu dziki wygląd. Spod skórzanego
pancerza wystawała pikowana przeszywanica, nie miał hełmu ani żadnej broni. Tyle zdążyła
zauważyć, ogarnięta dziwną jasnością umysłu. Jej ciało znajdowało się gdzieś daleko,
pulsujący tępym bólem tobół połamanych kości, za to myśli galopowały dziko przed siebie.
Białe smugi na twarzy... Wróg, przy którym Se-kohlandczycy są niemal dobrymi
sąsiadami. Podsłuchane nocne rozmowy, gniew ojca, ból w głosie mamy... Opowieści,
którymi straszyli ją bliźniacy, zanim ojciec nie dowiedział się o tym i nie sprał ich. Amanewe
Czerwony... jego rzeźnicy ozdabiają twarze w ten sposób...
Puść mnie! Puść mnie! Puuuuść!!!
Gdyby jej ciało nie było tak rozpaczliwie, boleśnie odległe, mogłaby szarpnąć się i spaść
z konia.
Potem pojawiło się jeszcze trzech konnych, wszyscy wielcy i umalowani jak do bitwy.
Wymienili kilka zdań, jej jeździec jakby się tłumaczył, wreszcie ten na siwym ogierze
machnął ręką i nagle rozwinęły się jeszcze cztery baty. Nawet nie musieli nimi trzaskać, a
tłum umilkł i wycofał się między namioty.
Pięciu konnych sformowało luźny klin i wywiozło ją z obozu.
* * *
Wodę wyczuły konie. Nie psy, lecz konie właśnie, i to w chwili, gdy zapadła już decyzja,
że na najbliższym postoju pod nóż pójdzie pociągowy. Zwierzę męczyło się strasznie, być
może miało to związek z tym, że wokół panował wciąż ten sam upał, a ono miało zimową
okrywę. Pół dnia wcześniej, albo coś koło tego, zdjęty z niego siodło i przesadziły hrabiankę
na kuca, ale niewiele to pomogło. Koń szedł resztką sił.
Grunt ciągle był taki sam, czarna skała pokryta – jeśli ktoś się dobrze przyjrzał –
warstewką pyłu. Nawet pochodzący z gór strażnicy nie potrafili powiedzieć, jaki to kamień,