ale tak naprawdę nie miało to znaczenia. Wzgórza, przez które wędrowali, zmieniły się,
nabrały charakteru, skacząc w niebo coraz bardziej stromymi ścianami, odgradzając się od
sąsiadów coraz głębszymi żlebami i wąwozami, co zmuszało ich do wybierania drogi
dostępnej dla koni. Ze spojrzeń, jakimi żołnierze obrzucali zwierzęta, widać było, że uważają
je raczej za przeszkodę niż pomoc w szybkiej wędrówce.
Wędrówce – dokąd? To było pytanie, którego nikt nie zadawał. Rudy porucznik od czasu
do czasu zwoływał swoich podoficerów, naradzał się krótko i wskazywał kierunek. I tyle.
Kailean obawiała się, że jak to czasem zdarzało się ludziom wędrującym po Stepach, mogą
zacząć krążyć w kółko. Tu nie było żadnych znaków orientacyjnych, słońca, gwiazd,
widniejących na horyzoncie innych szczytów, nic. Szli i szukali śladów zaginionych żołnierzy
lub innych ludzi, którzy mogli tędy kiedyś wędrować. Od jakiegoś czasu kompania posuwała
się coraz szerszym frontem, czujki po bokach oddaliły się już na dobre dwieście jardów,
strażnicy czesali okolicę w nadziei znalezienia czegokolwiek, co powie im, gdzie są.
Oraz wody, oczywiście.
I właśnie wtedy, gdy Kenneth dał rozkaz do zatrzymania się na kolejny odpoczynek,
szerokogrzbiety koń pociągowy parsknął, zarżał krótko i wyrwał do przodu. Dwóch żołnierzy
próbowało zagrodzić mu drogę, roztrącił ich masywną piersią i pobiegł ciężkim kłusem,
kierując się w głąb szczeliny w skale, która ciemniała kilkadziesiąt jardów przed nimi.
Najpewniej przegapiliby ją, gdyby nie reakcja zwierzęcia. Kuc, z którego właśnie ściągnęły
szlachciankę, wciągnął głośno powietrze i ruszył za towarzyszem. A Kailean już wiedziała, co
znaczy ta nagła energia.
– Zostawcie je! – wrzasnęła, biegnąc za koniem. – Pewnie znalazły wodę.
Znalazły. Sto kroków w głębi szczeliny, w ciemnościach tak absolutnych, że człowiek nie
widział nawet własnego palca przytkniętego do nosa, szemrał strumień. W świetle pochodni
skalna ściana płakała wilgocią. Woda spływała gdzieś z góry, sączyła się po kamieniu i
zalewała dno jaskini kilkucalową warstewką. Oba konie stały w niej i piły długimi tykami.
Kailean podeszła do sadzawki, zanurzyła dłoń i uniosła mały łyk do ust. Opowieść
porucznika nabierała cech prawdopodobieństwa, woda miała lekki posmak siarki i była
obrzydliwie ciepła. Ale nadawała się do picia.
Rozłożyli obóz wokół wejścia do jaskini. Ludzie i zwierzęta ugasili pragnienie, żołnierze
solidarnie zrobili zrzutkę dla obu koni. Kilka funtów pokruszonych sucharów to najlepszy
posiłek, jaki jadły przez ostatnie dni.
Oficer podszedł do dziewczyn z dziwnym błyskiem w oczach.
– Bergh jest rozczarowany. Gotów był się założyć, że to jego psy znajdą dla nas wodę.
Kailean westchnęła dramatycznie.
– Ale nie zrobi niczego głupiego? Nie ma sensu podcinać sobie żył z powodu takiego
drobnego niepowodzenia.
Porucznik spojrzał pytająco na Daghenę.
– Wozackie poczucie humoru. Zawsze tak reaguje, gdy jest szczęśliwa. Konie jeszcze
nam potowarzyszą.
– Jakiś czas. A ona – wskazał na Laiwę – coś mówiła?
– Nie, milczy. Zaraz spróbujemy dać jej pić. Wiecie już, że ta jaskinia została zrobiona
przez ludzi?
– Wiemy – potwierdził. – Dno za równe, ściana, po której spływa woda, gładziutka, w
głębi coś, co wygląda jak zawalony tunel.
– Spróbujecie go odblokować?
– Nie. Może zawał ma kilka stóp, a może kilka mil. Nie zostanę tu na miesiąc, żeby się o
tym przekonać. Musimy iść dalej.
– To znaczy gdzie? Prosto, aż zatoczymy krąg i znajdziemy własne ślady? Albo zgubimy
drogę i nie znajdując innego źródła, umrzemy z pragnienia?
Kenneth obdarzył Kailean spokojnym spojrzeniem.
– To są wzgórza, a nie równina. Utrzymujemy kierunek, obserwując kształty i położenie
szczytów. Liczymy je, zapisujemy, notujemy ilość żlebów, wąwozów, grani. Robimy mapę.
Nie idziemy w koło i zawsze będziemy mogli tu wrócić. A jak robicie to na Stepach?
– Patrzymy na słońce, gwiazdy i skąd nadlatują strzały.
– Też dobry sposób. Dajcie jej pić, zanim padnie.
Kailean napełniła po brzegi kubek i przyłożyła go do warg szlachcianki. Ta odsunęła
gwałtownie głowę, gapiąc się w naczynie. Po czym wyciągnęła palec, zamoczyła w wodzie i
patrzyła, jak krople powoli skapują do środka.
– Gdy jest pełny, kropla spada, inna wypływa... nie wierzyłyśmy w to... to jakaś
przenośnia... mówiła... Potem stałam pod niebem jak oczy i wiedziałam... ktoś odszedł, bo my
weszliśmy... musi być równowaga... tylko ci, którzy nie mają duszy w ciele, mogą bez
przeszkód przejść obie granice...
– Ona...
– Cicho – Daghena przerwała porucznikowi gniewnym syknięciem i pochyliła się ku
hrabiance. – Ilu was przeszło? Ilu na tę stronę?
– Dwustu siedemnastu. Z mego Domu wszyscy, którzy uwierzyli. Czy dobrze zrobiliśmy,
matko? – Laiwa, uwięziona we wspomnieniach, nie odrywała wzroku od palca zawieszonego