nad kubkiem. – To była jedyna szansa, powiedziała Sainha, guon-we zatrząsł się i pękł, teraz

albo nigdy... Rozrzuciło nas, ale sądziliśmy, że tak będzie lepiej. Zgodziłam się, by moi

wezure’h żyli jak prawdziwi ludzie... wolni... mogli wybierać... mieć dzieci... a przecież

wysłałaś za nami pościg... czy nasz grzech był tak wielki? Powinnam go zabić, gdy

odchodziłam, małego kanaloo... znał mój... nasz zapach... znał ślady naszego se’guon... tropił

jednego po drugim... coraz bliżej... Za późno go zabiłam.

Plemienna czarownica odezwała się ochrypłym szeptem.

– Z ciałem, prawda? Przechodziliście z ciałami. Dusza za duszę. Młodzi i zdrowi, więc

młodzi i zdrowi odchodzili. Dlaczego?

Nieobecny uśmiech wykrzywił usta Laiwy.

– Marzenie, matko. Mieliśmy marzenie... Myślałaś, że wszyscy zapomnieli? O niebie jak

jasne oczy, o prawie do własnego ciała, spojrzeniu, które nie grzęźnie we mgle.

– Matka cię kocha.

Szlachcianka wzdrygnęła się.

– Wiem... dlatego kazałaś zabić Moahi, bo brakowało mu pół cala na ścianie piękna...

Kazałaś przebić srebrną szpilą brzuch Laery, bo nasienie posiał w nim ktoś spoza Domu.

Chciałaś, żebym spółkowała z Derenem, chciałaś, żeby Sainha przeszła do Domu Traw...

chciałaś, żeby mój kanaloo nauczył się zabijać, zanim skończy cztery lata. Pamiętasz?

Przez cały czas, gdy mówiła, jej wzrok nie odrywał się od palca i zawieszonej na nim

kropli wody. Daghena nie przerywała maskarady.

– To wszystko z miłości.

– Miłości... wierzyłam w twoją miłość... Ocalone Dzieci powinny być ci zawsze

wdzięczne za tę miłość, prawda? Ale nie wiesz, że my też mamy marzenia... własne legendy...

szeptane nocą pod przykryciem... Nawet jeśli karzesz tych, których przyłapiesz na ich

opowiadaniu... I wiesz co... one okazały się prawdą... to miejsce istnieje, żyłam w nim...

patrzyłam na tych ludzi... śmiałam się i płakałam z nimi... bój się ich... bój się ludzi, którzy

widzą...

– Strach nie ma znaczenia, córko. Liczy się prawda. Co zrobiłaś ze swoim bratem?

– Zabiłam. Gdy był blisko, zwabiłam go na wieżę i wbiłam nóż w plecy. Ale wcześniej...

ci strażnicy... Sainha mówiła, że nie było wyboru. Oni nie zeszliby z góry, a kanaloo musiał

zginąć, to było jedyne miejsce, gdzie mogłam go spotkać bez świadków. Ależ się ucieszył.

Widziałam to w jego oczach... lecz musiał umrzeć. Przecież prowadził ewelunrech i weh’zaav

naszym śladem. Od jednego wezure’h do następnego, coraz bliżej. Powinnam uciekać, ale

sądziłam, że w zamku będziemy bezpieczne. Że mury i zbrojni nas obronią. Dlatego Sainha...

ja... my... ona była taka młoda... ale nie miałyśmy czasu... i myślę teraz, matko, że w ogóle się

od ciebie nie różnię. Porucznik otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać.

– Naprawdę, córko? – Daghena gestem nakazała mu ciszę. – A co ja bym, według ciebie,

zrobiła?

– Nie... nie wiem... ja, my... czar był gotowy... od wielu miesięcy, a gdy ona przyjechała...

nowi ludzie w zamku, nowe twarze... zaburzenie... pomyślałam... hrabia będzie lepiej strzegł

przyszłej synowej niż zwykłej służącej. Zamieniłam się z nią... wystarczyło podmienić twarze

we wspomnieniach... przykro mi... Ty byś się nie zawahała, matko.

– Za długo siedziałaś w jednym miejscu.

– Przeszło pięć lat... to długo? Niektórzy z nas założyli rodziny i dochowali się dzieci. A

ty... dobry czas wybrałaś na polowanie... zima... Zanim wieści się rozniosły, połowa już nie

żyła. Ale gdybym wiedziała, że poślesz weh’zaav... uciekłabym.

Zacięła się.

– Ja... przepraszam... czy... czy mi wybaczysz... ja znów będę dobrą córką... obiecuję...

wybaczysz mi... proszę... wybaczysz...? Proszę... Ja...

Kropla oderwała się od palca i spadła do kubka.

Laiwa westchnęła, ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Daghena wstała i ruchem głowy

kazała im odejść na bok.

Stanęli w pełnym napięcia trójkącie. Porucznik mierzył je takim wzrokiem, jakby był

przekonany, że ukrywają przed nim wielkie sekrety, z kluczem do opuszczenia tej krainy na

czele. Ale milczał.

Kailean też milczała, bo Daghena miała taką minę, jakby właśnie zawzięcie biła się z

myślami. Gapiła się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt na ziemi i przygryzała wargi.

– Jest taka magia... – zaczęła wreszcie z wahaniem. – Takie czary, babka niewiele o nich

wie, słyszała od swojej babki, która słyszała od swojej, i tak dalej... znacie ten łańcuch. Gdy

naczynie jest pełne, to jeśli wpadnie do niego jedna kropla, inna musi wypłynąć. U nas w

plemieniu mówiło się bukłak i wino albo kubek i krew. Nikt nie wie, skąd się właściwie

wzięło to powiedzonko, sądzimy, że odnosi się do pewnej równowagi i do tego, że nadmiar

jest szkodliwy. W każdym razie w czarach chodzi o to, że jeśli w jednym miejscu pojawia się

jakieś ciało, to inne musi je opuścić, zamieniają się miejscami... jak wiesz kto, Kailean.

– Wiem.

Oficer chrząknął.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги