nad kubkiem. – To była jedyna szansa, powiedziała Sainha,
albo nigdy... Rozrzuciło nas, ale sądziliśmy, że tak będzie lepiej. Zgodziłam się, by moi
wysłałaś za nami pościg... czy nasz grzech był tak wielki? Powinnam go zabić, gdy
odchodziłam, małego
jednego po drugim... coraz bliżej... Za późno go zabiłam.
Plemienna czarownica odezwała się ochrypłym szeptem.
– Z ciałem, prawda? Przechodziliście z ciałami. Dusza za duszę. Młodzi i zdrowi, więc
młodzi i zdrowi odchodzili. Dlaczego?
Nieobecny uśmiech wykrzywił usta Laiwy.
– Marzenie, matko. Mieliśmy marzenie... Myślałaś, że wszyscy zapomnieli? O niebie jak
jasne oczy, o prawie do własnego ciała, spojrzeniu, które nie grzęźnie we mgle.
– Matka cię kocha.
Szlachcianka wzdrygnęła się.
– Wiem... dlatego kazałaś zabić Moahi, bo brakowało mu pół cala na ścianie piękna...
Kazałaś przebić srebrną szpilą brzuch Laery, bo nasienie posiał w nim ktoś spoza Domu.
Chciałaś, żebym spółkowała z Derenem, chciałaś, żeby Sainha przeszła do Domu Traw...
chciałaś, żeby mój
Przez cały czas, gdy mówiła, jej wzrok nie odrywał się od palca i zawieszonej na nim
kropli wody. Daghena nie przerywała maskarady.
– To wszystko z miłości.
– Miłości... wierzyłam w twoją miłość... Ocalone Dzieci powinny być ci zawsze
wdzięczne za tę miłość, prawda? Ale nie wiesz, że my też mamy marzenia... własne legendy...
szeptane nocą pod przykryciem... Nawet jeśli karzesz tych, których przyłapiesz na ich
opowiadaniu... I wiesz co... one okazały się prawdą... to miejsce istnieje, żyłam w nim...
patrzyłam na tych ludzi... śmiałam się i płakałam z nimi... bój się ich... bój się ludzi, którzy
widzą...
– Strach nie ma znaczenia, córko. Liczy się prawda. Co zrobiłaś ze swoim bratem?
– Zabiłam. Gdy był blisko, zwabiłam go na wieżę i wbiłam nóż w plecy. Ale wcześniej...
ci strażnicy... Sainha mówiła, że nie było wyboru. Oni nie zeszliby z góry, a
zginąć, to było jedyne miejsce, gdzie mogłam go spotkać bez świadków. Ależ się ucieszył.
Widziałam to w jego oczach... lecz musiał umrzeć. Przecież prowadził
naszym śladem. Od jednego
sądziłam, że w zamku będziemy bezpieczne. Że mury i zbrojni nas obronią. Dlatego Sainha...
ja... my... ona była taka młoda... ale nie miałyśmy czasu... i myślę teraz, matko, że w ogóle się
od ciebie nie różnię. Porucznik otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać.
– Naprawdę, córko? – Daghena gestem nakazała mu ciszę. – A co ja bym, według ciebie,
zrobiła?
– Nie... nie wiem... ja, my... czar był gotowy... od wielu miesięcy, a gdy ona przyjechała...
nowi ludzie w zamku, nowe twarze... zaburzenie... pomyślałam... hrabia będzie lepiej strzegł
przyszłej synowej niż zwykłej służącej. Zamieniłam się z nią... wystarczyło podmienić twarze
we wspomnieniach... przykro mi... Ty byś się nie zawahała, matko.
– Za długo siedziałaś w jednym miejscu.
– Przeszło pięć lat... to długo? Niektórzy z nas założyli rodziny i dochowali się dzieci. A
ty... dobry czas wybrałaś na polowanie... zima... Zanim wieści się rozniosły, połowa już nie
żyła. Ale gdybym wiedziała, że poślesz
Zacięła się.
– Ja... przepraszam... czy... czy mi wybaczysz... ja znów będę dobrą córką... obiecuję...
wybaczysz mi... proszę... wybaczysz...? Proszę... Ja...
Kropla oderwała się od palca i spadła do kubka.
Laiwa westchnęła, ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Daghena wstała i ruchem głowy
kazała im odejść na bok.
Stanęli w pełnym napięcia trójkącie. Porucznik mierzył je takim wzrokiem, jakby był
przekonany, że ukrywają przed nim wielkie sekrety, z kluczem do opuszczenia tej krainy na
czele. Ale milczał.
Kailean też milczała, bo Daghena miała taką minę, jakby właśnie zawzięcie biła się z
myślami. Gapiła się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt na ziemi i przygryzała wargi.
– Jest taka magia... – zaczęła wreszcie z wahaniem. – Takie czary, babka niewiele o nich
wie, słyszała od swojej babki, która słyszała od swojej, i tak dalej... znacie ten łańcuch. Gdy
naczynie jest pełne, to jeśli wpadnie do niego jedna kropla, inna musi wypłynąć. U nas w
plemieniu mówiło się bukłak i wino albo kubek i krew. Nikt nie wie, skąd się właściwie
wzięło to powiedzonko, sądzimy, że odnosi się do pewnej równowagi i do tego, że nadmiar
jest szkodliwy. W każdym razie w czarach chodzi o to, że jeśli w jednym miejscu pojawia się
jakieś ciało, to inne musi je opuścić, zamieniają się miejscami... jak wiesz kto, Kailean.
– Wiem.
Oficer chrząknął.