– Ja nie wiem, ale za to wiem, że niektórzy czarodzieje potrafią przenosić się na wielkie
odległości i nikt stamtąd nie znika.
Czarnowłosa uśmiechnęła się enigmatycznie.
– Bo są w tym samym miejscu Wszechrzeczy. W tym samym królestwie. Jak przenosisz
się dalej, musi być równowaga. Ciało za ciało. Ale musi też być zgoda... Rozumiesz, Kailean?
Musi być zgoda obu stron. On nie dałby rady zamieniać się z lwem, gdyby lew nie
akceptował tego na swój sposób. Ale ciało to nic w porównaniu z duszą, to ona nas kotwiczy
w świecie. Myślę, że dałoby się przenieść ciało bez wymiany z innym, lecz duszę... Babka
zawsze mówiła, że ciało jest jak pchła, a duch jak ogier. Taka różnica. Co innego, gdy
umieramy, wtedy łańcuch łączący nas ze światem pęka i dusza może powędrować za Mrok,
do Domu Snu. Ale żeby przenieść z innego miejsca Wszechrzeczy jakąś duszę w ciele, trzeba
zapłacić śmiercią, zabrać duszę stamtąd, wyrwać ją z ciała, to działa jak... jak żuraw przy
studni... jedno idzie w górę, drugie w dół, zamieniają się miejscami. Sześć lat temu
wyszarpnięto dusze z dwustu siedemnastu osób z terenu, na który trafili oni, uciekinierzy z
innego miejsca, innego królestwa. Ta zaraza sprzed kilku lat... pamiętasz? W okolicach
zamku umarło więcej ludzi niż zwykle. Panowała normalna zimowa grypa albo inne
choróbsko... ludzie umierali i tak... jednego dnia umarło dwieście siedemnaście osób, ale w
wielu miastach, miasteczkach i wioskach jednocześnie, więc to się rozłożyło, mało kto
zwrócił uwagę. Była wczesna wiosna, szlaki w Olekadach jeszcze nieprzejezdne, wieści
rozchodziły się z opóźnieniem. Zanim wszystkie dotarły do hrabiego, epidemia już wygasła,
nikt zresztą zapewne nie podawał dokładnej daty tych śmierci. Zaczyna się wiosna, pora
wypędzania owiec na pastwiska, orania i siania. Zmarłych pogrzebano, życie toczyło się
dalej... Kenneth też wyglądał, jakby coś sobie układał w głowie.
– A oni? Ci nowi? Nie znają języka, obyczajów, są dziwnie ubrani... – zapytał wreszcie.
Daghena wzruszyła ramionami.
– Gdyby ktoś taki pojawił się w Lithrew, uznalibyśmy go za przybysza z dalekich stron,
któremu przytrafiło się nieszczęście. Może napadli go bandyci, może pomieszało mu się w
głowie, może dotknęła go Pani Losu? Tak czy inaczej nikt by go nie skrzywdził. A jak to jest
w górach?
Porucznik uśmiechnął się kwaśno.
– Zajęlibyśmy się nim. Dostałby jedzenie i kąt do spania. Gość, nieważne jak dziwny, to
rzecz święta.
– Właśnie, nawet u arystokracji. Ponoć ta niby zaraza zabiła kilku ludzi z najbliższej
służby hrabiego. Czyli niektórzy z uciekinierów trafili w pobliże zamku. Cudna piękność ze
służącą, mówiąca w obcym języku, szlochająca pod bramą... Kto by nie wpuścił? No chyba
żeby piękność była brudną, paskudną wieśniaczką z gromadą bachorów uczepionych
spódnicy. – Kailean też się skrzywiła. – Przyjęli ją, trochę z litości, a może trochę z
ciekawości, dali dach nad głową i pozwolili zostać. A jej służąca plotła swoje czary. W
zamku nie było czarodzieja ani kapłana, nikogo, kto by się zorientował, co się dzieje. Po kilku
dniach już wszyscy mieszkańcy uważali, że nieznajome powinny zostać pod ich opieką, aż
nauczą się języka i będą mogły opowiedzieć swoją historię. Po miesiącu zostały częścią
służby, po pół roku zapomniano o ich dziwnym pojawieniu się i sądzono, że przyjęto je do
pracy w miejsce tych, którzy umarli.
– Częścią służby? Nie narzeczoną syna hrabiego?
– Nie – zaprzeczyła Dag. – Ile mogła wtedy mieć lat? Czternaście, piętnaście? Aeryh też
był zbyt młody. Zresztą, jak mogłaby podszyć się pod prawdziwą hrabiankę? Jak oszukać
sąsiadów, dalszą rodzinę, innych arystokratów? Tu cała szlachta się zna. Jej opiekunka
musiałaby rzucić czar na połowę gór, nawet bogowie tego nie potrafią. Natomiast dwoma
służącymi, które przyjechały z innej prowincji, nikt się nie zainteresował.
Porucznik nie wyglądał na przekonanego.
– Ale zarządca ziem powinien zauważyć, że nagle pojawiło się więcej ludzi. Dwieście
głów znikąd. Sama mówiłaś, że hrabia był bardzo drobiazgowy w tych sprawach.
– Poręczne – mruknęła Kailean.
– Co?
– Poręczne. Podatek od każdej dorosłej pary rąk w chałupie. Płacony od wszystkich,
którzy ukończyli dwanaście lat. Że niby ma nie być darmozjadów i każdy musi na siebie
zapracować. Ludziom jest on nie w smak, bo jak masz w rodzinie stuletnią ślepą babkę, to
musisz albo za nią płacić, albo posłać do lasu między wilki. Zresztą jak znam życie, wójtowie
i starostowie wiosek nie zawsze mówią prawdę zarządcom baronów. Jeśli w małej osadzie
pojawił się jakiś nieznający języka włóczęga, to niekoniecznie od razu to zgłaszano. Bo
poręczne trzeba zapłacić nawet od kogoś, z kogo nie ma żadnego pożytku. Więc hrabia nie