musiał wiedzieć wszystkiego o swoich ziemiach i ludziach. Potem, po roku albo dwóch, gdy
nowi przyuczyli się języka i jakiejś pożytecznej roboty, może i ich zgłaszano. Ludzie z innych
prowincji szukają też swojego szczęścia w Olekadach, nikogo tam nie dziwi pojawienie się
jakiegoś parobka czy dziewczyny chodzącej za służbą. A potem... zaczęły się zabójstwa. Ktoś
zaczął polować na tych uciekinierów.
Kenneth przypatrywał jej się uważnie.
– Zginęło lub przepadło więcej ludzi niż dwie setki.
– W zamku też nie wszyscy byli obcy, a ci szarzy mordercy zabijali jak popadnie.
Strażników, służbę, konie. – Kailean podrapała się po głowie, przygryzła wargę. – Myślę, że
jeśli napotkali swoją ofiarę w towarzystwie innych ludzi, to wyrzynali wszystkich, jak leci.
Bo lubią, bo po to ich stworzono, bo wszystko im jedno, mężczyzna, kobieta w ciąży,
dziecko, koń, pies... Ale zabijali tylko wtedy, gdy sądzili, że ci ludzie są jakoś związani z
celem ich łowów. Dlatego wyrżnęli bandę zbójów, bo ich herszt przyjął do siebie jednego z
nowych, dlatego w wiosce wchodzili tylko do jednej chałupy, bo któryś z uciekinierów wżenił
się w miejscową rodzinę, albo zabili tylko jednego kupca na drodze, mimo iż tego dnia
przejeżdżało nią kilku innych. Wiedzieli. I cały czas zbliżali się do zamku, po spirali, coraz
bardziej zacieśniając pętlę. Szukali. Zapewne umiejętności jej służącej pozwalały jakoś
zmylić tropy...
– Tej, która zginęła w zamku?
– Tak, poruczniku, tej samej. Na czym skończyłam? Ona potrafiła jakoś je ukryć, ale i tak
czuły, co się święci. Nie uciekły, co było głupie, może uważały, że ucieczka nic nie da, może
wiedziały więcej o tym, co naprawdę potrafią ich wrogowie, lecz zdecydowały się na
desperacki krok. Podszyły się pod narzeczoną syna hrabiego, przejęły jej... skórę, że tak
powiem. Namieszały w głowie hrabiemu, jego rodzinie i służbie, w końcu trzymały ich pod
czarem wiele lat... Może liczyły, że tak będzie bezpieczniej? Nie wiem.
Oficer przestał wreszcie przypatrywać się dziewczynom takim wzrokiem, jakby się
zastanawiał, czy nie przypiec im pięt.
– To się zgadza z tym, o czym wam wspomniałem – odezwał się w końcu. – W górach
ginęły patrole Straży, ale nie znajdywano żadnych ciał. Czyli szarzy unikali walki, jeśli w
pobliżu nie było tych, których ścigali. Jeśli jednak jakiś oddział zanadto się zbliżył, wrzucali
go tutaj.
– A żaden z obcych nie mógł wstąpić do Straży?
– Nie. Jeśli sytuacja nie jest wyjątkowa, zawsze sprawdza się ochotnika na wszystkie
strony. Skąd pochodzi, gdzie ma rodzinę, czy nie jest... jakby to ująć, zgniłym jajem. No i
chodzi o to, żeby rekrutować ludzi z miejscowych, znających okolicę. Ktoś, kto mieszkał w
górach dopiero od kilku lat, nie miał szans na pobór, chyba żeby wybuchła wojna. Są też
jeszcze wojskowi czarownicy. Może nie najlepsi, ale wyczuleni na dziwne rzeczy. Pewnie
tamci woleli ich unikać.
– Mam! – Daghena uśmiechnęła się szeroko. – Wiem, czemu mieszały w głowie
hrabiemu tak, że nie wiedział o morderstwach w górach. Ha! Najprostsze rzeczy najtrudniej
zauważyć.
Kailean i porucznik spojrzeli na nią jednocześnie.
– Magia – rzuciła, jakby to wszystko wyjaśniało. – No co tak patrzycie? Co robi
przestraszony, ale dość bogaty człowiek, gdy wokół zaczyna dochodzić do dziwnych
zabójstw związanych z Mocą? Wzywa kogoś, kto się na tym zna, wysyła posłańców do
najbliższej gildii albo ściąga pomoc ze świątyni. Pewnie się baty, że gdyby w zamku pojawił
się ktoś z tytułem mistrza magii – lub jakiś wysokiej rangi kapłan – to ta ich maskarada od
razu by się wydała. Nawet gdyby nadal ukrywały się jako służące. Więc podszyły się pod
hrabiankę, żeby lepiej o nie dbano, bo w razie ataku hrabia wszystkimi siłami broniłby
przecież swojej przyszłej synowej, a nie jakichś służek, i jednocześnie musiały mu zamieszać
w pamięci, by nie ściągnął do zamku czarownika albo kapłana.
– A wszyscy w okolicy zapewne podziwiali spokój i opanowanie Cywrasa-der-Malega,
który ani słowem się nie zająknął o zabójstwach, za to spokojnie objeżdżał swoje posiadłości i
jakby nigdy nic, szykował je na początek wiosny. Prawdziwy meekhański arystokrata o
charakterze wykutym ze stali. – Kailean pokiwała głową.
– A prawdziwa hrabianka?
– Cóż, ona wspomniała coś, że jest jej przykro, poruczniku. Więc prawdziwa Laiwa-son-
Baren zapewne nie żyje.
Zapadła cisza. Oficer spojrzał na ich jeńca beznamiętnie i z zaskakującym spokojem.
Kailean czasem widywała takie spojrzenie u Laskolnyka, a ludzie, na których tak patrzył, nie
mieli łatwego życia.
– Ci, którzy ją ścigali, zadali sobie sporo trudu, prawda?
– Tak.
– I zapewne nadal będą chcieli ją schwytać, nie sądzicie?
Kailean wymieniła spojrzenie z Dagheną. O tym nie pomyślały. Nikt nie powiedział, że ci
zabójcy, którzy zginęli, gdy ich tu wciągnięto, byli jedynymi w górach.