– Możliwe. – Dag zgodziła się ostrożnie.
– To dobrze.
Zaskoczył obie, salutując im krótko.
– Ktokolwiek was uczył, powinien być dumny. Gdyby Szczury miały więcej takich
kobiet, Imperium byłoby bezpieczne. Cholera. – Uśmiechnął się nagle z zakłopotaniem. – Jak
to zabrzmiało?
– Okropnie – wyszczerzyła się Daghena.
– Paskudnie – zgodziła się z nią Kailean. – Ale możemy to dostać na piśmie? Dla jednej
takiej służącej, która może to przeczyta, zanim każe obedrzeć nas ze skóry.
Rozdział 5
– Przeżyje?
– Już pytałeś. Nie wiem. Ma połamane żebra, rozbitą głowę, może wstrząs mózgu.
Uszkodzone nerki. Nogi wyglądają, jakby przegalopował po nich tabun koni. Nie odzyskała
przytomności od wczoraj. Pół dnia, cała noc... Czasem to dobrze, czasem źle.
– Wyleczysz ją?
– Nie wiem. Jest silna, ale... Może Jastrząb by dał radę.
Parsknięcie.
– Idziemy do bitwy, kobieto, a ja mam prosić szamana, by trwonił siły na wozackie
szczenię? Będzie miał dość zajęć.
Cisza.
– Więc jej los...
– Jej los jest w ręku Pani Stepów. Niepotrzebnie ją stamtąd zabrałem.
– Naprawdę? Wkrótce ta ziemia spłynie taką ilością krwi, że ptaki pomyślą, iż ktoś
rozwinął sto tysięcy bel szkarłatnego jedwabiu.
– Ptaki nie myślą,
– Podobnie jak ludzie idący się mordować. Okazałeś litość temu dziecku...
Parsknięcie.
– Litość? Naprawdę sądzisz, że okazałem jej litość? Nie wiedziałem nawet, kogo
wrzucam na koński grzbiet. Zabrałbym ją, nawet gdyby była bitym psem, byleby podrażnić
tych
– Naprawdę?
Cisza.
– Zajmij się nią.
Szelest odsuwanej zasłony. Błysk światła pod przymkniętymi powiekami.
Coś chłodnego dotknęło jej głowy, przesunęło się po twarzy.
– Ocknęłaś się już, prawda? Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Na razie się przygotuj i
nie krzycz.
Przygotuj się? Na c-cooo...!
Ciało wróciło. Nadal było workiem pełnym potrzaskanych kości i potłuczonego mięsa,
ale nagle znalazło się tuż obok. Czuła je, każde stłuczenie, każdą ranę. Nogi pulsowały tępym
bólem, ręce też, brzuch i plecy stały się jednym wielkim ogniskiem cierpienia, miała
wrażenie, że ktoś pod skórą umieścił jej rozpalone do białości kamienie. Głowa tętniła, a w
rytm tego tętnienia pod powiekami zapalały się i gasły małe słońca.
Przez kilka chwil nie mogła złapać tchu, a jej umysł rozpaczliwie szukał miejsca, które by
nie bolało. Próbowała nabrać powietrza i poczuła, że ktoś wbija jej noże między żebra.
– Nie krzycz. Masz połamane żebra i krzyk nie pomoże. Tu. – Wilgotny chłód dotknął jej
twarzy. – Skup się na tym. Tylko na tym.
Okład. Szmatka moczona w zimnej wodzie. Skupiła na tym dotknięciu całą swoją uwagę.
– Dobrze. A teraz licz bicie serca. Czujesz je?
Czy czuje? Każde uderzenie odbijało się w niej falą cierpienia.
– Nie, nie myśl o bólu, tylko licz. I skup się na sercu, zmuś je, żeby zwolniło. I licz. Do
ilu potrafisz.
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
– Dobrze. Teraz dam ci coś do picia. Będzie bardzo gorzkie i wstrętne, ale nie wolno ci
wypluć. Otwórz usta.
Rozchyliła wargi.
... dziesięć, jedenaście, dwanaście...
– Więc jednak mnie rozumiesz. Powiedzieli, że pewnie znasz meekh i jak widzę, mieli
rację. Dobrze, teraz uważaj, po kropelce.
Miała rację. To była najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek próbowała. Oleiste krople
smakowały zgnilizną, stepowym pyłem i zestarzałym końskim potem. Oraz goryczą, która
wykrzywia usta i porywa żołądek do szalonego tańca.
– Nie. Musisz to wytrzymać. Jeśli zwymiotujesz, nie będzie więcej leków. Dziesięć
kropel i zaraz dam ci popić.
Po ostatniej kropli kobieta przyłożyła Key’li do ust kubek z mlekiem.
– Sprawi, że lek się szybciej wchłonie, ale nie możesz zwymiotować. Licz. Jeszcze raz,
najdalej jak potrafisz.
Zaczęło jej się kręcić w głowie, a liczby nie chciały przyjść. Żołądek walczył z miksturą,
całość dwa razy podeszła jej do gardła, lecz gdy w końcu doliczyła do pięćdziesięciu i wzięła
kilka głębszych oddechów, mdłości jakby zelżały. Dopiero po chwili zrozumiała. Odetchnęła
jeszcze raz, ostrożnie, lecz sztylety nie wbiły się między żebra. Ból pozostał, oczywiście, tępy
i zadomowiony, lecz już dawał się wytrzymać. Na próbę poruszyła nogą, kończyna była
ciężka, jakby miała ją owiniętą wieloma warstwami świeżo zdartej skóry. I bolała,
oczywiście, że bolała, ale mogła ten ból znieść.
Otworzyła oczy. To znaczy jedno, bo drugie nie bardzo chciało się rozchylić. Znajdowała
się w namiocie, innym niż ten, przed którym przywiązał ją koczownik. Tamten miał okrągłą
podstawę, ten to konstrukcja zbudowana na bazie kwadratu, z wysokimi ścianami i ciężkim,
rzeźbionym słupem pośrodku. Dostrzegła mnóstwo pakunków, worków, wiklinowych koszy i
stert futer.
– Dopiero się rozbijamy. – Klęcząca obok kobieta zdawała się czytać jej w myślach. –
Mamy za sobą długą drogę, prawie sześćset mil, więc trochę czasu upłynie, nim rozbijemy
porządny obóz i rozłożymy wszystkie rzeczy.
Spojrzała na mówiącą i zdziwiła się, widząc jasne włosy, usianą piegami twarz i
niebieskie oczy.