– Tak, jestem Meekhanką. Czystej krwi. Zdziwiona? Pierwsza reakcja na lek jest niezła.
Za chwilę sprawdzę drugą, dobrze?
– Dd... dobrze. Jak...
– Zwyczajnie. Wielka wojna, najazd na klasztor, rzeź, grabież, ogień. I garść nowicjuszek
pognana w wielkiej kolumnie niewolników na Wschód.
Kobieta mówiła spokojnie, bez śladu emocji, jakby opowiadała zasłyszaną kiedyś
historię. Key’la przyjrzała się jej i stwierdziła, że trzydzieści lat, na które ją oceniła, to za
mało. Uśmiechnięte oczy i gładka cera odejmowały mówiącej wieku.
– Byłam łupem wojennym Se-kohlandczyków, zanim podarowano mnie, w ramach
zapłaty za przelaną krew, Glyndoi. Plemiona Sahrendey, do których należy ten lud, straciły w
czasie wojny większość swojej młodzieży. Yawenyr dał im tysiące niewolników, żeby
uspokoić nastroje i ułagodzić starszyznę. To były czasy, gdy Złoty Namiot chwiał się nad
jego głową i Ojciec Wojny potrzebował spokoju w państwie.
Tak. To były te nazwy, na dźwięk których w oczach ojca zapalał się ogień. Glyndoi.
Sahrendey.
– Ci niewolnicy... zabili ich?
– Skąd to pytanie? – Kobieta przechyliła głowę i uśmiechnęła się, ujmując sobie
kolejnych kilka lat. – Wybacz, nie przedstawiłam się. Mam na imię Tsaeran. Tsaeran-kor-
Lamery. To rzadkie imię, wiem, ale moja matka uznała, że w rodzinie nie będzie kolejnej
Isawy albo Kamii. A ty jak się nazywasz?
– Key’la.
– Ładnie. I odpowiadając na twoje pytanie, nie. Nie zabili ich. Zdziwisz się, ale spora
część odeszła za wykupem. Zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie, gdy niewolników było
tak wielu, że za jednego konia można było dostać trzech.
– A ty?
– Ja? – Tsaeran przez chwilę mrużyła oczy. – Widzisz, klasztor, z którego mnie porwano,
był poświęcony Wielkiej Matce. I miał surową regułę. Cnota, skromność i czystość przede
wszystkim. Dziewczyna, która przeszła jako niewolnica tysiąc mil po Wielkich Stepach, w
oczach przełożonych traciła te atrybuty. Nikt się o mnie nie upomniał. A ja szybko odkryłam,
że ci barbarzyńcy mają dusze i serca po tej samej stronie co my, więc zostałam, żeby nauczać
ich o miłosierdziu i łasce Pani. Nie, żeby słuchali, Laal Szarowłosa jest dla nich jedyną
prawdziwą boginią, ale nadal mam nadzieję, że któryś cokolwiek zrozumie. Poza tym zawsze
umiałam przyrządzać leki, nastawiać kości i opatrywać rany, więc jestem kimś w rodzaju
znachorki.
– To znaczy
– Więc podsłuchiwałaś. Nie.
to rozumieją,
nauczyć ją języka, ale kimś, kogo nie można na przykład sprzedać bez jego zgody ani
wychłostać z nudów.
Key’la uśmiechnęła się. Mimo wszystko.
– Nie znasz ich języka?
– Sahrendey nie uczą obcych własnego języka. Niektórzy posługują się meekhem, se-
kohlandzkim większym czy anawijskim, ale ich własny język jest tylko dla członków rodu i
szczepu.
– To może być ci trudno nauczać o Wielkiej Matce.
Znachorka spojrzała na nią z powagą.
– Nie mówiłam, że jest łatwo. I... Dziecko, żyję z nimi dwadzieścia lat, więc oczywiście
rozumiem większość, ale żaden z nich nie odezwie się do mnie w mowie plemion, a ja muszę
udawać, że jestem całkiem głupia, bo mogę stracić własny język. Oni oczywiście domyślają
się, ile rozumiem, ale nie drążą tematu. To takie... rozsądne podejście do tradycji.
Uśmiechnęła się ciepło.
– No i pogadałyśmy wystarczająco długo, żeby lek zadziałał. Lepiej się czujesz?
Ból... jeszcze zelżał. Był w pobliżu, jak ten, który pozostaje w mięśniach po całym dniu
ciężkich ćwiczeń. Ale w porównaniu z tym sprzed kwadransa jakby go nie było.
– Jak długo?
– Do wieczora. A jeśli będziesz miała szczęście, to do północy, ludzie różnie reagują. Nie
mogę obiecać, że zdobędę dla ciebie kolejną dawkę. Szykujemy się do bitwy, więc leki są na
wagę złota.
– My?
– Tak. My.
– Przeciw nam.
– Zdziwiona? Po co wróciliście? Źle wam było za Amerthą, w Imperium? Po co wam ta
wojna?
Zaskoczył ją gniew ukryty w tym pytaniu. Co ta kobieta w ogóle wie o tych sprawach?
– Moi rodzice się tutaj urodzili.
– Zdziwisz się skarbie, ale większość młodych Sahrendey też. Od dwudziestu lat połowa
Wyżyny Lytherańskiej należy do nich. Latem wypasają tu stada i rozbijają obozy, zimą
przenoszą się na południe, na ten skrawek Stepów, który im pozostał. Oni nie mają dokąd
pójść, dziecko. Niepotrzebnie wróciliście.
Key’la aż uniosła się na łokciu.
– To nasza ziemia.
– Naprawdę? Mówisz tak, jakby prawo do posiadania ziemi przysługiwało ludziom z
urodzenia. Jakby było granitowym fundamentem, na którym zbudowano ten świat. Nie bądź
niemądra. Ile masz lat? Dziesięć? Ziemia to dobro takie samo jak złoto, konie czy biżuteria.
Można ją zdobyć albo stracić. Sahrendey stracili większość swoich ziem, gdy przybyli tu Se-