kohlandczycy. Zostali pokonani, bo Ojciec Wojny przywiódł więcej wojowników i potrafił

lepiej nimi dowodzić. Niektóre ludy Sahrendey zniszczono, innym zaproponowano

przyłączenie się do Wolnych Plemion i wspólne przelewanie krwi. Większość się zgodziła,

choć musiała oddać najlepsze pastwiska nowym panom Wielkich Stepów. W zamian za nie

dostali kawałek Wyżyny i niektórzy już nazywają ją domem. A wy? Skąd przybyliście, zanim

wasze wozy zaczęły ją orać kołami? Jakie ludy i plemiona stąd wygnaliście? Pamiętacie choć

ich nazwy? Czym się od nich różnicie?

Key’la czuła, jak gniew eksploduje jej w piersi. Spróbowała zerwać się z posłania, ale

kobieta niespodziewanie położyła jej dłoń na czole.

– Nie wstawaj. Dobrze... nie masz gorączki... mimo zdenerwowania.

– Co? Zabieraj rękę!

Dłoń się cofnęła, a znachorka posłała Key’li szczery uśmiech.

– Już, już. Wybacz. Musiałam cię zdenerwować, żeby sprawdzić, jak reagujesz na lek.

Czasem przy silnych emocjach pojawia się gorączka, człowiek zaczyna się pocić, a potem

traci się przytomność i umiera. Ty znosisz go doskonale. Zresztą zgodziłaś się na drugą próbę,

pamiętasz?

Dziewczynka opadła na posłanie, nagły ruch kosztował ją więcej, niż sądziła, odezwał się

ból w dole pleców, a żołądek skręcił się w dziki węzeł. Teraz czuła się bardzo, ale to bardzo

słabo.

– Nie żeby cokolwiek z tego, co powiedziałam, mijało się z prawdą. Ale Nasza Pani nie

ocenia ludzi według jakichś fundamentalnych reguł, tylko po tym, co noszą w sercach.

Czujesz senność?

Nie miała już siły odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową.

– A zatem śpij. Zajrzę wieczorem. A jeśli obudzisz się wcześniej, nie wychodź z namiotu.

Na zewnątrz każdy może cię skrzywdzić. I...

Reszta utonęła w wirze światła i szumie wiatru, który w jakiś sposób wdarł się do

namiotu. Zasnęła.

* * *

Obudziła się sama, w ciszy tak głębokiej, jakby znalazła się na dnie bezdennego jeziora.

Sądząc po szkarłatnej prędze, liżącej ścianę namiotu naprzeciw wejścia, słońce tuliło się już

do horyzontu, ale jej opiekunki nadal nie było.

Chwilę leżała nieruchomo, wpatrując się w sufit, opuchlizna nad lewym okiem wyraźnie

się zmniejszyła i mogła je już otworzyć. Lek nadal działał, bo ból nie odbierał jej zmysłów, a

może po prostu trochę do niego przywykła. Odetchnęła na próbę nieco głębiej. Zakłuło.

Odrzuciła przykrycie i ostrożnie usiadła, a potem wstała. Musieli ją rozebrać, bo była

golusieńka, nie licząc bandaży owijających żebra, ale to nawet lepiej, bo mogła się dokładnie

obejrzeć. Bolało, a jakże, najgorzej było z lewą nogą bo leżała wtedy na prawym boku, więc

w lewą trafiło najwięcej ciosów. I w lewy bok. I w lewą nerkę... Kolejne miejsca na ciele

przypominały o sobie tępym pulsowaniem. Nieważne. W tej chwili najgorzej wyglądało

kolano, przypominało worek wypełniony wodą a udo wydawało się pokryte czarnym

tatuażem. Brzuch i żebra przybrały interesujący niebieskozielony odcień. Bolało od samego

patrzenia.

– Jeśli powiem, że żałuję, iż cię stamtąd zabrałem, to uznasz mnie za potwora?

Pisnęła i rzuciła się na legowisko, podciągając grubo tkany pled po samą szyję. Zakręciło

jej się w głowie, a ból w piersi prawie odebrał oddech.

– Nie myślałem wtedy o niczym szczególnym. To były trudne negocjacje, nie... nie

negoqacje, tak naprawdę przyjechaliśmy po rozkazy, po rozkazy od parszywego wypierdka,

syna złodzieja kóz, który go z jedną z nich spłodził. Ale musimy go słuchać, bo zgodnie z

przymierzem sprzed lat Syn Wojny wywodzący się z prawdziwych Se-kohlandczyków może

rozkazywać Synowi Wojny, który pochodzi z innego plemienia. I jego wojownikom. W ten

sposób nasze plemiona straciły wszystkich młodych w bitwie o Meekhan, posłano ich do

pierwszego ataku, między wzgórza i sady. Ta garstka, która wróciła, opowiadała o

pancernych szeregach ciężkiej piechoty stojących na szczytach wzgórz, które w żaden sposób

nie dały się wciągnąć w pułapkę. I o tym, że przez pierwszy dzień bitwy a’keery Se-

kohlandczyków nie ruszyły się z miejsca. Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Nadal mówią

przysięga albo krew. Wybierajcie.

Dopiero teraz odnalazła go wzrokiem. Siedział między dwoma stertami tobołów, sam

podobny do niezgrabnej, byle jak rzuconej kupy niepotrzebnych rzeczy. Wyglądał tak samo

jak ten, którego dojrzała, gdy wisiała w siodle. Krótko ścięte włosy, czarna broda, ciemna

cera, dzikie oczy. Mówił w meekhu, języku, którym posługiwała się od zawsze, choć miał

dziwaczny, ale jakoś znajomy akcent.

I był potężny. Gdy wstał, zdawał się sięgać głową pod sam płócienny sufit. Chyba nawet

wyższy od jej ojca, choć tak samo szeroki w barach.

– Zabrałem cię – stanął przy rzeźbionym słupie, a twarz wykrzywił mu dziwny grymas –

bo kazali nam przyjechać do ich obozu bez broni i odebrać rozkazy, jakbyśmy byli bandą

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги