niewolników. A rozkazy wydawał kozi bękart, który ledwo zeszłej nocy dostał lanie od bandy

sawenji i musiał uciekać przed nimi ponad sześćdziesiąt mil na wschód. Skrzywił się.

– Teraz twierdzi, że zrobił to specjalnie, że taki miał plan, a jego ucieczka to zaplanowana

pułapka. Ciekawy manewr, po którym zostawia się połowę obozu i stad w ręku wroga... Nic

nie powiesz? Tsaeran twierdzi, że mówisz płynnie jej językiem. Byłaś tam... Ale nie sądzę,

żebyś znała się na strategii, hę? Danu Kredo próbował zagarnąć jak najwięcej dla siebie, jak

ten przygłupi kundel, co uczepił się nogi wołu i myśli, że zwierz jest jego. A teraz wół się

ruszył i idzie na nas.

Posłał jej uśmiech, od którego poczuła skurcz żołądka. I nie chodziło o ból obitych

trzewi.

– Tak, ruszyli już, cały obóz, pięć tysięcy wozów, ze trzy tysiące rydwanów. Przepuścimy

wasz obóz przez wzgórza, a potem poczekamy, aż zbliżycie się do rzeki. Bo między rzeką a

wzgórzami rydwany i wozy będą uwięzione. Wiesz, dlaczego to zrobimy? Bo choć łatwo

dałoby się was zatrzymać u podnóża Olekadów, to przecież nie odmawia się gościom

przynoszącym bogate dary. Wasze wozy, konie, złoto i srebro będą nasze. A potem zajmiemy

się następną bandą, która zjedzie z gór, i następną, i następną. – Pochylił się nagle do przodu i

wydyszał – całe życie czekałem, żeby stanąć pośrodku waszego obozu i powiedzieć, jak

nazwała mnie matka...

Wyciągnął skądś małą skrzynkę i zwalił się na nią, aż zatrzeszczała.

– Zabrałem cię – kontynuował – bo mogłem wyładować swój gniew, splunąć im do

miski, podrażnić. Bo dobrze widzieć na ich twarzach szacunek.

– To nie był szacunek – wymruczała w pled.

– Co powiedziałaś?

– To nie był szacunek – powiedziała głośniej – tylko strach. Bawi cię strach kobiet i

dzieci?

Nie wiedziała, dlaczego w ogóle z nim rozmawia.

– Te dzieci ćwiczą celność strzał na starych niewolnikach przywiązanych do słupów, a

kobiety szyją z łuków i ciskają oszczepy lepiej niż niejeden mężczyzna. I byli tam też inni,

starzy wojownicy, nawet kilku w pełni sił, wiesz o tym. Jak sądzisz, dlaczego pozwolili

wyrwać sobie zakrwawioną zdobycz spomiędzy zębów? – Uśmiechnął się bez śladu radości

w oczach. – Tak, chodzi o strach. Nauczyliśmy ich go, i nauczyliśmy też, że sami go nie

znamy. Ciesz się z tego strachu, bo dzięki niemu jeszcze żyjesz.

Nie umknęło jej to „jeszcze”. Nie pozwolił jej na odpowiedź.

– My też znamy taką zabawę, wiesz? – kontynuował. – Gdy trafia się wyjątkowo

krnąbrny niewolnik albo jeniec, z którym będą same problemy...

– Mordujecie go.

– Dajemy mu szansę. I nie przerywaj mi więcej.

– Bo co – nie wytrzymała – zwiążesz mnie i pobijesz?

– To byłby zbędny trud. – Uśmiechnął się znów lodowato. – Po prostu zakażę Tsaeran

przychodzić do ciebie i podawać jakiekolwiek leki. Życie na Stepach to nie zabawa za murem

z wozów, pod opieką imperialnych armii. Taki niewolnik, któremu dajemy szansę, może

wybierać. Zabijemy go albo sprzedamy innemu plemieniu, lub też przywiążemy za kostkę do

wbitego w ziemię kołka i każemy się zmierzyć z trzema młodymi wojownikami. Każdy, on

też, ma pałkę lub długi kij. Jeśli więzień wygra, dostaje konia, nóż i zapas żywności na

dziesięć dni. Jeśli przegra, też jest wolny.

Przechylił głowę, mierząc ją wzrokiem.

– Gdyby dali ci kij i pozwolili walczyć, nie wtrąciłbym się. Ale teraz żałuję, że to

zrobiłem.

Nie znalazła żadnej błyskotliwej odpowiedzi, zresztą, on najwyraźniej jej nie oczekiwał.

– Nasza Pani z pewnością znajdzie sposób, by zajrzeć w głąb twojego serca, amenray. I

pozna twoje motywy.

Z tymi słowami jej opiekunka odsunęła zasłonę i wkroczyła do namiotu. Mężczyzna i

kobieta wymienili spojrzenia i Key’la musiała przyznać, że nie było to spojrzenie pana na

sługę. Szczerze mówiąc, to on wyglądał na zmieszanego.

– Lepiej żeby twoja bogini się nie wtrącała.

– Ona rzadko się wtrąca. Jak inaczej moglibyśmy zachować wolność wyboru? Mówiłeś,

że ona cię nie obchodzi.

To drugie „ona” odnosiło się do Key’li.

– Bo nie obchodzi. Chciałem tylko sprawdzić, czy nadal umiesz leczyć. Będziemy tego

wkrótce potrzebować.

– I to bardziej niż myślisz, jeśli opowieści ludzi Kyh Danu Kreda są prawdziwe.

Opowiadają, że jej rodacy bili się jak stado demonów.

– Plotki już się rozeszły?

– Wraz z płaczem świeżych wdów. Mówią o trzech tysiącach zabitych zeszłej nocy. Ale

to się może zmienić, bo jeszcze nie wszyscy zebrali się w kupę. Przyszedłeś tu dręczyć to

dziecko?

– Przyszedłem zobaczyć, co wyciągnąłem spod kopyt mojego konia.

– I żałujesz?

– Tak. Ten, który ją porwał, to Henwe Ger Lowesa. Dowódca a’keeru spokrewniony z

samym Danu Kredem. Już zdążył mu się poskarżyć. – Wstał gwałtownie, wyrastając na swoje

siedem stóp. – Jak dowiedzą się, gdzie jest, będę musiał mu ją oddać. Więc jak widzisz, mój

żal ma podstawy. Zawsze żałuję zbędnego wysiłku.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги