– Więc ją wydaj. – Znachorka stanęła w lekkim rozkroku, choć żeby spojrzeć mu w

twarz, musiała zadrzeć głowę.

– Prędzej konie zaczną latać, niż z własnej woli oddam coś tym śmierdzącym synom

sparszywiałych owiec. Ale na wszelki wypadek nie marnuj już na nią więcej leków. Szkoda

ich.

Wyszedł z namiotu, zginając się niemal wpół. Zostały same.

– Nie przejmuj się tym, co mówił. Ma lepsze serce, niż to się wydaje, choć nosi w nim

jakąś bliznę, której nie potrafię zaleczyć. Zresztą jak oni wszyscy. No już, wstawaj. I nie

rumień się, jak myślisz, kto cię rozebrał? Powoli – podała jej rękę – powoli, dobrze. Co my tu

mamy po tych kilku godzinach?

Ostrożnie dotykała jej nogi, szczególną uwagę poświęcając kolanu.

– Co za oni?

– Ooo? Masz jeszcze siły, żeby mówić? I czujesz się na tyle dobrze, żeby czuć ciekawość.

Doskonale. Oni. Zwą ich Wilkami albo Widmowymi Wilkami, bo idąc do bitwy, malują

twarze na biało, wyglądają wtedy jak upiory i Se-kohlandczycy boją się ich bardziej niż

demonów Mroku.

– Przecież oni też są Se-kohlandczykami.

Tsaeran zaśmiała się cicho.

– Dobrze ci radzę, nie powtarzaj tego nikomu w tym obozie. Mogliby się poczuć bardzo

urażeni. Oni to Sahrendey, choć nazwa ta obejmuje takie plemiona, jak Glyndoi, Sarakai,

Mandehii, Kawoinowie czy Wehris. A ile wśród tych plemion jest szczepów i klanów, tego

nikt nie zliczył. Na przykład ten to Klan Złamanego Kła z Glyndoi. Ci, których nazywacie Se-

kohlandczykami, podbili ludy Sahrendey jeszcze przed wojną z Imperium, a nawet przed

wojną z Wozakami, czasem zbrojnie, wyrzynając krnąbrne plemiona, częściej – co świadczy

o mądrości i rozwadze – dyplomatycznie, oferując sojusze i przymierza. Sahrendey rozumieli,

że... Boli? A tu?

Jej palce były zimne jak lód, a miejsca, które dotknęła, zdawały się tracić czucie.

Stopniowo kolano przestawało dokuczać.

– Czary?

– Nie. Maść. – Uzdrowicielka wyciągnęła zza paska mały dzbanuszek, wetknęła w niego

palec i roztarła maź po pozostałych. – Jak widzisz, sprawę posłuszeństwa pewnej krnąbrnej

niewolnicy mamy już rozwiązaną. O czym mówiłam?

– Ze ich podbili.

– Właśnie, podbili. Można podbić ogniem i mieczem, a można traktatami i fałszywymi

sojuszami. Sahrendey rozumieli, że lepszy kiepski sojusz niż porządna rzeź, jednak wiedzą

już, że nie najlepiej na tym wyszli. Teraz są dowodzeni przez Amanewe Czerwonego, wodza

z ich ludu, któremu jednak jako jedynemu z Synów Wojny nie wolno mieć oddziałów

Jeźdźców Burzy. Mają własne prawa i czczą Panią Stepów jak ich przodkowie, ale muszą też

kłaniać się Panu Burz, który jest bogiem Se-kohlandczyków. Są niby częścią Wolnych

Plemion, ale na wojnie muszą podporządkowywać się wodzom Yawenyra, nigdy odwrotnie.

Są posyłani do najkrwawszych ataków, ale dostają najmniejszą część łupów. Jak widzisz,

dużo tych ale. Boli? – Nacisnęła lekko brzuch dziewczynki. – A tu? Sikałaś już?

Dopiero teraz Key’la poczuła, jak pełny ma pęcherz.

Tsaeran wyciągnęła z kąta gliniane naczynie z pokrywką.

– No co? Przecież nie jesteśmy barbarzyńcami. A ty nie powinnaś wychodzić z namiotu.

Siadaj, ja się odwrócę. I powiedz, jeśli będzie cię bolało. Widzisz – zacmokała lekko –

Sahrendey naprawdę nie lubią koczowników, ha, ha, wiem, że też są koczownikami, ale jakoś

inaczej o nich myślę. Przy czym „nie lubią” to dość mizerne określenie. Zwłaszcza po bitwie

o Meekhan, gdzie zginęła większość naszych wojowników, inni Synowie Wojny napadali

ziemie i stada Sahrendey, porywali kobiety i dzieci, szarpali pomniejsze obozowiska, a

Yawenyr patrzył na to z uśmiechem. On lubi, gdy jego psy walczą między sobą, bo wtedy nie

myślą o zajęciu miejsca pana. Poza tym pilnował, żeby żaden zbytnio nie urósł w siłę. Ale

wszystko zmieniło się jakieś dziesięć, piętnaście lat temu, gdy pierwsze Wilki zaczęły jeździć

po Stepach. Skończyłaś?

– Tak. – Key’la wstała.

– Jest krew w moczu?

Zawartość naczynia nie wyglądała ciekawie, ale krwi nie było.

– Nie ma.

– To dobrze. Bardzo dobrze. Obserwuj się przez najbliższe dni i jakby się pojawiła,

natychmiast daj znać. A teraz chodź no tu, obejrzę ci żebra.

Zdejmowanie bandaża okazało się bardziej bolesne, niż Key’la się spodziewała.

– Ooo... – Uzdrowicielka pokręciła głową. – A tu jest tak źle, jak myślałam. Złamane co

najmniej trzy. Lek wkrótce przestanie działać, a ja wolę ci nie podawać następnej porcji, bo w

najlepszym przypadku zaczniesz wymiotować. Nie przeszkadza ci, że tak bez przerwy

gadam? Dawno nie miałam okazji porozmawiać z kimś, kto mówi meekhem tak dobrze jak

ty.

– To czy nie powinnaś więcej słuchać?

Kobieta zaśmiała się.

– O tak. Dlatego nie będę miała nic przeciwko, jeśli to ty będziesz więcej mówić. – Maść

z dzbanuszka powędrowała na żebra, otulając je warstewką lodu. – Ale dopóki mnie słuchasz,

mniej myślisz o bólu, prawda?

– Sztuczki znachorki?

– Mądrość wieków, moje dziecko. Mądrość wieków. Chcesz posłuchać o Wilkach, gdy

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги