kohlandczyków. Wierz mi, wolałabym, żebyście nie wracali. Nigdy. Ale skoro wróciliście,

nie każ mi życzyć wam powodzenia. Bo powodzenie Verdanno to śmierć mojej rodziny. I

niepowodzenie również.

Pod wpływem tego wzroku wszystkie gorzkie oskarżenia utknęły Key’li w gardle.

– Więc dlaczego mnie opatrujesz?

– A co innego może zrobić człowiek na widok skatowanego dziecka?

Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, świadoma, jak gorzki i cyniczny jest ten uśmiech.

– Gdy leżałam na ziemi, a oni mnie bili, ludzie wokół krzyczeli i śmiali się.

– Nie mówiłam o ludziach, tylko o człowieku. Ludzie to potwór o kamiennym sercu i stu

gębach złaknionych krwi. Usiądź już, dobrze? Nie tak sobie wyobrażałaś tę wojnę, prawda?

Key’la opadła na posłanie i otuliła się pledem.

– Nie. Nie tak. W obozach... – zawahała się, próbując odnaleźć właściwe słowa. – W

drodze na północ... wszyscy opowiadali o wojnie... Mówili o tym, jak nasze rydwany

rozpędzą koczowników, jak na sam ich widok zawrócą konie i uciekną, krzycząc ze strachu.

Mówili, że... że to już nie będzie rzeź bezbronnych karawan, jak w czasie Krwawego Marszu,

ani walka z każdym plemieniem z osobna. Że teraz nie ma już plemion, są tylko Verdanno. Ze

jesteśmy silni... że... – nagle głos odmówił jej posłuszeństwa, oczy zapiekły, a gdzieś w piersi

wezbrała fala bezbrzeżnego smutku. – Moi bracia... mówili... przechwalali się, że podarują mi

dziesięć zdobycznych... koni! A teraz nie wiem nawet, czy żyyyyją...!

Rozpłakała się. Coś, do czego nie mógł jej zmusić ani porywacz, ani banda wyrostków z

kijami, ani budzący grozę „wybawca”, udało się tej jasnowłosej uzdrowicielce. Może dlatego,

że tamci chcieli zobaczyć jej strach, a nawet mały tchórz ma dość dumy, by nie dawać

satysfakcji wrogom, Tsaeran zaś nie chciała niczego poza porozmawianiem w rodzinnym

języku.

– Cicho. – Kobieta objęła ją i przytuliła. – Już dobrze. To nie twoja wina, nie powinni cię

zabierać na wojnę. Ale płacz, jeśli chcesz. Płacz to deszcz, który wymywa zaschniętą krew z

naszych ran. Płacz.

Meekhanka tuliła ją, kołysząc łagodnie i nucąc pod nosem spokojną melodię.

Minęło trochę czasu, zanim Key’la się uspokoiła. Czerwona pręga na ścianie znikła, w

namiocie zrobiło się ciemno.

– Już? Lepiej?

Było lepiej. Na tyle, że gdy się odezwała, głos jej nie drżał.

– Przepraszam.

– Nie ma za co. Sama czasem płaczę, gdy mnie bezsilność przyciśnie. To pomaga.

– My... nie płaczemy przy obcych.

– Skąd ja to znam. Sahrendey też nie płaczą publicznie. Dlaczego właściwie tak się nie

lubicie?

– Co?

– Widziałam twoją minę, gdy rozmawiałaś z amenray. Wyglądało, jakbyś nie wiedziała,

czy uciekać, czy rzucić mu się do gardła. A słyszałam, że potrafisz gryźć. – Błysnęła zębami.

– W obozie opowiadają sobie o dziewczynce, która przegryzła ścięgno jednemu z tych kozich

bobków.

Pokręciła głową.

– Nie zdążyłam, wyrwał się.

Cichy śmiech wypełnił ciemność. Był tak zaraźliwy, że po chwili Key’la wbrew sobie

dołączyła do uzdrowicielki.

– Widzisz. Potrafisz się śmiać. To dobrze. Bolało coś?

– Tylko żebra.

– Czyli je masz. Powiesz mi, dlaczego Sahrendey tak was nie lubią?

– Oni nas?

– Tak. Choć nie tak, jak Se-kohlandczyków. Bardziej wami gardzą. Nie mówią wprost

dlaczego, a ja nie podpytuję, bo musiałabym się zdradzić, że znam ich język, ale na

wspomnienie Verdanno spluwają i rozcierają ślinę stopą, a to największa obelga, jaką może

wyrazić Sahrendey. A wy? Czym wam zawinili?

Key’la przypomniała sobie, jaką minę miał ojciec za każdym razem, gdy wspominano

Amanewe Czerwonego i jego lud. I nie tylko on. Nie było tych razów wiele, jakby nikt nie

chciał rozmawiać o takich rzeczach, ale kiedyś, gdy była mała, bliźniacy opowiedzieli jej o

brodatych potworach z twarzami malowanymi na biało, które przychodzą i mordują małe

dzieci. Przestraszyli ją tak, że płakała przez całą noc. Kiedy ojciec się o tym dowiedział, po

raz pierwszy i jedyny sprał ich rzemieniem, a mama – też po raz pierwszy i jedyny –

zaśpiewała jej pewną smutną kołysankę, której słów dokładnie nie zapamiętała, ale która

opowiadała o dzieciach idących spać w ciemnej ziemi dalekiego kraju. Poza tym nie

wiedziała nic, to był sekret, którym starsze pokolenie niechętnie dzieliło się z młodszym.

– Nie wiem. Ale nienawidzą ich bardziej niż samego Ojca Wojny, choć nigdy z nimi nie

walczyli. Przynajmniej o tym nie słyszałam.

– Ja też nie. Ale teraz, najpóźniej za dwa dni, będą walczyć. Wy i Sahrendey.

Och. Dwa dni.

– Tak. Dwa dni. Jesteśmy w pobliżu rzeki, wy nazywaliście ją Lassą, koczownicy mówią

na nią Alesa. Ten obóz, z którego cię porwano, wyruszył spod gór i jest już pod wzgórzami.

Podsłuchałam, jak o tym rozmawiają wojownicy. Jeśli utrzyma takie tempo, to jutro przejdzie

wzgórza, a pojutrze stanie nad rzeką i wpadnie w pułapkę, bo oprócz plemion Danu Kreda

będziemy tu i my, i Błyskawice z samym Yawenyrem na czele.

Przytuliła ją mocniej.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги