– Znów będę musiała zszywać im rany i wyciągać groty z ciał, leczyć poparzenia i
odmrożenia od magii, a jeśli jakiemuś czarownikowi przyjdzie do głowy przywołać demony,
to będę próbować leczyć rany, które nie powinny zostać zadane żadnemu człowiekowi. Będę
patrzeć, jak umierają, i płakać na ich pogrzebach. Powiedz mi... co sądzisz o kobiecie, która
płacze na pogrzebie wrogów swojej ojczyzny?
– Takiej, która nie może odwrócić się od pobitego dziecka? Okropna jest. I... boli!
Uzdrowicielka puściła ją i odsunęła się nieco.
– Przepraszam. Pójdę już. Powinnaś odpocząć. Nie martw się, do tego namiotu nikt nie
zajrzy. A teraz połóż się i śpij.
Wyszła, nie oglądając się, a Key’la leżała dłuższy czas w ciemnościach. Ból powracał,
tępy w żebrach i głowie, rwący w kolanie. Ale to nie było ważne. Liczyło się tylko, że obóz
New’harr wyruszył i zmierza ku rzece. I nie wie, że czeka go tu walka nie z jednym Synem
Wojny, lecz z dwoma i z samym Yawenyrem. Jak daleko mogą być? Trzydzieści, czterdzieści
mil? Ile czasu... Ta myśl była bluźniercza, ale przecież i tak nie miała nic do stracenia. He
czasu zajęłoby jej dotarcie do nich konno?
I gdzie trzymają tutaj konie?
* * *
Następnego dnia znaleźli drogę.
Biegła szczytem wzgórz i składała się z kwadratowych płyt szerokich na jakieś dwie
stopy. Kenneth zarządził, by kompania zrobiła postój, a sam z Velergorfem i Nurem wdrapał
się na szczyt, na którym zwiadowcy odkryli pozostałości kamiennego szlaku. Ścieżka lekko
zakręcała, dostosowując się do kształtu wzgórza, co jasno dowodziło, że jej budowniczowie
nie byli Meekhańczykami. Inżynierowie Imperium zbudowaliby drogę równą jak napięta
cięciwa, w razie potrzeby przebijając się przez wzniesienia i zasypując doliny. Lecz jeśli
chodzi o dokładność roboty, twórcy tego traktu z pewnością nie musieli się wstydzić. Płyty
ułożono pieczołowicie jedna przy drugiej, tak że w szczeliny ledwo wchodził czubek noża.
Perfekcyjna robota.
Porucznik przejechał dłonią po jednej z płyt, zerknął na czarny pył lepiący się do skóry.
– Ten sam, co wszędzie.
– Tak jest, panie poruczniku.
– Varhenn, jesteśmy tu sami, ja i dwóch najbardziej niezdyscyplinowanych podoficerów,
jakich znam. Nie odgrywaj komedii. Co o tym sądzisz?
– Drogę ktoś musiał zbudować. I zazwyczaj drogi dokądś prowadzą.
– Brawo, dziesiętniku. Sam bym na to nie wpadł.
Kenneth wstał, obrzucając wzrokiem trakt przed sobą. Droga skręcała łagodnie, kilkaset
jardów dalej znikała, ale mógł dostrzec, jak pojawia się na następnym wzgórzu i sunie dalej.
– Zwiad!
Trzech strażników, stojących do tej pory z boku, zasalutowało sprężyście.
– Pobiegnijcie do końca wzgórza i sprawdźcie, dlaczego urywa się ten szlak.
– Tak jest!
Potruchtali.
– Fenlo, odwróć się i powiedz mi, jak to wygląda z tyłu.
Dziwne, ale dziesiętnik posłusznie zrobił w tył zwrot.
– Kamienne płyty idą grzbietem, urywają się, na następnym wzniesieniu widać coś w
rodzaju reszty tej drogi, jest bardziej poharatana, za nim... za wzniesieniem, znaczy się, jest
kolejne, szlak ciągnie się tam także, dalej nie widzę, nie jestem pewien...
– Ile mil do tyłu go widzisz?
– Jakieś trzy, cztery? Nie więcej... panie poruczniku.
– A z przodu?
Tym razem Nur wzruszył ramionami, ale odwrócił się ponownie i zaczął opisywać to, co
Kenneth miał przed oczyma.
– Wzgórze, droga się urywa, biegnie następnym wzgórzem, urywa się, potem następnym,
widać coś jakby zakręt, przeskakuje na sąsiednie, idzie dalej... potem jeszcze dalej... – Fenlo
Nur zawahał się, wreszcie dodał – stąd widzę dobre dwanaście, może więcej mil.
– Aha. Ja też. Varhenn, pokaż mapę.
Kenneth dostał do ręki zwój pergaminu, na którym rysowali mapę. Położył go na ziemi,
zaznaczył najdalsze widoczne fragmenty drogi. Mapa składała się z białej plamy i wąskiego,
rysowanego odręcznie szlaku z zaznaczonymi co bardziej charakterystycznymi punktami.
– Patrzcie, stąd mniej więcej przyszliśmy, to ta równina, na którą nas wyrzucili. Patrzcie
tu – wskazał kilka znaków – tu weszliśmy między wzgórza, najpierw były łagodne, potem
robiły się coraz bardziej strome, teraz niektóre mają nawet pionowe ściany. A to droga.
Biegnie zakrętami, ale w jednym kierunku. Od równiny, gdzieś tam. Rozumiecie?
– Nooo... trochę, panie poruczniku. – Velergorf podrapał się po policzku, jakby
zaswędziały go tatuaże. – Droga wiodła skądś na tę równinę?
– Owszem. I im bliżej równiny, tym jest bardziej zniszczona. Wzgórza też. Ta czarna
skała wygląda jak nadtopiona, jakby coś wypaliło w tym świecie dziurę o średnicy dziesiątek,
może setek mil. Nad tamtym miejscem – wskazał kierunek, z którego przyszli – zapłonęło
kiedyś żywe słońce, swym żarem topiąc wszystko jak wosk. Cokolwiek tam było, znikło bez
śladu.
Nawet młodszy dziesiętnik wyglądał na wstrząśniętego.
– Kto dysponuje taką Mocą?
– Bóg, demon, ktoś z innego świata? Nie wiem. Ktokolwiek tu żył – budowniczowie