podziemnych tuneli i nadziemnych dróg – nie miał najmniejszych szans. Zniszczono ich.
– To musiało być dawno. – Velergorf pokręcił w zdumieniu głową.
– Może sto lat temu, a może dziesięć tysięcy. Odkąd tu jesteśmy, nie poczułem tchnienia
wiatru ani kropli deszczu na twarzy. Czarny pył zalega taką samą warstwą i na szczytach
wzgórz, i w dolinach... Może to znaczy, że tu nigdy nie wieje ani nie pada.
– Kiedyś padało – mruknął Fenlo Nur.
Spojrzeli na niego, oczekując wyjaśnień.
– Tę drogę zbudowano na szczycie wzgórza. Tak się buduje, gdy okolica jest deszczowa.
Woda spływa w dół i trasa jest sucha nawet w największą ulewę. Powierzchnia płyt jest lekko
wypukła, żeby woda spływała na boki. W mojej okolicy jest kilka przedimperialnych
szlaków, które wiodą szczytami wzniesień właśnie z powodu deszczów. Używamy ich do tej
pory.
Zwiadowcy przytruchtali z powrotem.
– Mówcie. – Kenneth wstał i zwinął mapę.
– Droga urywa się jak nożem uciął, panie poruczniku. Na dole nic nie widać.
– A czego się spodziewałeś, Malawe?
– Nie wiem. – Strażnik miał zakłopotaną minę. – Jakichś głazów, kamieni, kupy gruzu.
– Po moście? A jeśli zbudowali go z drewna? Co zostałoby z drewnianego mostu, gdyby
wionął na niego żar topiący skały?
Pokiwali głowami i więcej się nie odezwali.
* * *
Szli wzdłuż kamiennego traktu. Wędrowali najczęściej dołem, dolinami, jarami i
wąwozami, niekiedy nadkładając sporo drogi, bo trasa dołem była trudniejsza i niezbyt
przyjazna, ale wbrew pozorom szybsza, gdyż kamienny trakt powyżej wiódł od wąwozu do
wąwozu, od przełęczy do przełęczy, a po mostach, które kiedyś łączyły jego odcinki, nie
pozostał żaden ślad.
Okolica się nie zmieniała, czarne skały, czarny pył pod stopami, stalowe niebo nad głową.
Żadnych cieni, żadnych przebłysków słońca, najmniejszej sugestii, że coś takiego jak słońce
w ogóle tu istnieje.
Kenneth obserwował swoich ludzi. Szli z ponurą zawziętością ale coraz rzadziej się
odzywali, nie było żartów, głupich zaczepek, w czasie postojów gry w kości czy zwykłych
opowiastek. Szli, póki nie padał rozkaz postoju, potem mechanicznie robili przegląd broni,
jedli trochę suszonej koniny, popijali śmierdzącą wodą, kładli się spać albo obejmowali wartę.
Zauważył, że większość nie zasypiała. Człowiek potrzebuje nocy do spania; jeśli wokół
panuje wieczny, nieprzerwany dzień, można się zdrzemnąć, ale prawdziwy, głęboki sen,
dający odpoczynek, nie nadchodzi. Większość leżała z otwartymi oczyma, inni zapadali w
krótkie półsny, z których co chwilę wybudzali się gwałtownie. Niewyspani, zamieniali się w
kukły, wykonujące wszystkie czynności w jakimś transie, wartownicy rozglądali się
niewidzącymi oczyma, zwiadowcy ruszali się jak marionetki prowadzone przez nieudolnego
lalkarza, wszyscy maszerowali niczym oddział żywych trupów.
Trzeciego dnia... Dnia? Cholera, porucznik dawno stracił rachubę czasu, nie wiedział, czy
wędrują tu trzy dni, cztery czy może pięć, czy jest ranek, południe czy środek nocy. Ale –
trzeciego dnia, tak przyjął, trzeciego dnia postanowił wreszcie coś z tym zrobić.
Zarządził dla połowy kompanii dziesięciomilowy bieg dnem najszerszego jaru, który do
tej pory minęli, trasa była prosta, ściany gładkie i tylko zwiadowcy zapewniali, że z jaru jest
wyjście wprost na kolejny odcinek kamiennej drogi. Zanim ruszyli, same parzyste dziesiątki,
ogłosił, że zwycięska dostanie w nagrodę dwie pełne manierki wódki. Liczyło się przybycie
na miejsce ostatniego strażnika.
Gdy reszta oddziału, eskortująca konie i kobiety, dotarła na miejsce, większość żołnierzy
spała już snem sprawiedliwych. Szósta stała na warcie, odebrała nagrodę i obiecała, że
podzieli się z Drugą, która ponoć przegrała wyścig o włos. Kenneth zostawił dziewczyny w
obozie i zarządził szybki, pięciomilowy bieg dla nieparzystych dziesiątek. Dwie i pół mili w
głąb jaru i z powrotem. Nagroda jak poprzednio.
Siódma miała najwięcej szczęścia albo najlepszych biegaczy.
Po raz pierwszy od wielu godzin cała kompania spała jak zabita, a rankiem Kenneth miał
z powrotem pełnowartościowy oddział. Następny umowny wieczór spędzili na zawodach w
przeciąganiu liny, zapasach i wyścigach. Nawet psy wzięły udział w zabawie. Jeśli cokolwiek
w tej krainie miało uszy, to słysząc dzikie wrzaski siłujących się ludzi i szczekanie psów,
zapewne uznało, że należy trzymać się z dala od tych demonicznych bestii.
Wciąż szli wzdłuż kamiennej drogi i wciąż na coś czekali. Ruch, atak, próbę odbicia lub
zabicia hrabianki. Jeśli wnioski, które wyciągnęli z opowieści Laiwy i dziewczyn, były
właściwe, ta wędrówka powinna wreszcie mieć swój kres.
* * *
Noc minęła spokojnie. To znaczy spokojnie jak na stan, w którym się znajdowała. Ból
powrócił, ale nie tak wściekły jak poprzednio, czasem udawało jej się zasnąć, czasem budziła
się nagle, zwłaszcza gdy próbowała przewrócić się na bok.