Dręczyło ją pragnienie. Oprócz kilku łyków mleka nie miała w ustach niczego od kolacji,

którą zjadła tuż przed porwaniem. Nie pomyślała o tym, żeby poprosić Tsaeran o coś do picia,

a pobieżne przeszukanie namiotu zakończyła w chwili, gdy walnęła się spuchniętym kolanem

o jakąś pakę i omal nie zemdlała.

Po tym wydarzeniu przeleżała prawie do świtu i zasnęła w chwili, gdy zmęczenie wygrało

z cierpieniem.

Obudziło ją delikatne dotknięcie. Uzdrowicielka siedziała obok i wpatrywała się w twarz

Key’li z dziwną miną.

– Szukają cię.

Przez chwilę szalona nadzieja zatańczyła jej w piersi, ale zgasła, gdy zrozumiała, co

właściwie widzi w oczach Meekhanki. Troskę.

– Se-kohlandczycy? – domyśliła się.

– Tak. Kyh Danu Kredo zażądał, żebyśmy cię wydali. Ale wszyscy posłowie, którzy

wczoraj byli w jego obozie, wyjechali na zachód, na spotkanie waszych rydwanów, a nikt nie

wie, który z nich właściwie cię zabrał.

– Jak to nikt? Na pewno ktoś...

– Ciii. – Tsaeran położyła palec na ustach i uśmiechnęła się szelmowsko. – Nikt w TYM

obozie tego nie wie. Zapewniam cię. A przed bitwą Danu Kredo nie zaryzykuje zaczepki z tak

nieistotnego powodu. Ale potem – troska wróciła – gdy twoi ludzie przeleją krew naszych...

Może się okazać, że niechęć do tych kozich smarków jest mniejsza niż do Wozaków. Przed

jutrzejszym dniem powinnam cię przenieść do mojego namiotu, i to tak, żeby nikt nie widział.

Potem niech szukają. Chcesz pić?

Nie czekając na odpowiedź, z bukłaka nalała do maleńkiego kubeczka odrobinę wody, po

czym wetknęła w nią kawałek słomki.

– Pij przez to. To jedyny sposób, żebyś piła małymi łykami. Następną porcję dam ci za

chwilę.

Key’la wysączyła całą wodę w mgnieniu oka, mając wrażenie, że było jej tyle co w

naparstku. Oblizała wargi.

– Jeszcze.

– Poczekamy chwilę. Nadal nie podoba mi się twój brzuch. Zwłaszcza te siniaki z lewej

strony. Sikałaś znów?

– Nie mam czym.

– Widziałam ludzi z takimi brzuchami, którzy opijali się wodą, a po chwili umierali,

wyrzygując krwawą flegmę. Ci, którzy powstrzymywali się od picia, czasem żyli dłużej.

Sądzę, że tych pierwszych zabijały skurcze przy wymiotach, które pogłębiały obrażenia

trzewi. Dlatego wolałam zaczekać z podaniem ci wody.

– Mogłaś mi powiedzieć. – Key’la nie odrywała wzroku od kubka, w którym znów

znalazło się odrobinę płynu.

– I okręcić wszystkie twoje myśli wokół pragnienia? Ciekawy pomysł. Mdli cię? Czujesz

skręt kiszek?

– Nie.

– No to pij. Przez słomkę.

Napełniła kubek jeszcze kilka razy, za każdym nalewając odrobinę więcej wody, aż w

końcu mały bukłak został opróżniony. Key’la poczuła się odrobinę lepiej. Na tyle, że ból

znów stał się najważniejszą częścią jej życia.

Powtórzyły wczorajsze oględziny i nacieranie maścią. Część siniaków przybrała

niebieskozielony odcień, za to opuchlizna na kolanie jakby się zmniejszyła.

– Dobrze. – Uzdrowicielka wyglądała na zadowoloną. – Jaki to ból, gdy próbujesz

chodzić?

– Jakby... skrzypiący.

– Skrzypiący? Dobre. Przyniosę później maść, która zmniejszy opuchliznę, i

zabandażujemy kolano. Za jakiś czas powinno być jak nowe.

– Nie można wcześniej?

– Nie. Mam swoje zajęcia, a taka maść sama się nie zrobi. Głodna?

Pytanie. W kilku kęsach pochłonęła porcję zimnej papki o smaku suszonej wołowiny i

oblizała wargi, wypatrując reszty. Meekhanka nie spuszczała z niej wzroku.

– Co wymyśliłaś? – rzuciła nagle, nakładając jej kolejną łyżkę.

Key’la zamarła w pół ruchu. To aż tak widać?

– Nic.

Niebieskie oczy zmrużyły się kpiąco.

– Nic? Wczoraj była w tobie jedna wielka dziura. O tu. – Dotknęła piersi dziewczynki na

wysokości serca. – Przywieźli cię na koniu, więc jeśli dobrze rozumiem wasze zwyczaje, nie

należysz już do Verdanno. Ale byłaś twarda. Nie płakałaś nawet wtedy, kiedy bili cię i kopali,

ani wtedy, gdy rozmawiałaś z moim amenray. Łzy popłynęły, dopiero gdy wspomniałaś

braci. Mogłaś myśleć tylko o tym, że być może ktoś z twojej rodziny zginął, a ty i tak nie

możesz wrócić i przekonać się, co z nimi. To, co cię najbardziej dręczyło, to wcale nie

złamania i siniaki, tylko rany ducha. A teraz? Masz iskierki w tych czarnych ślepiach, wrócił

ci apetyt i aż się rwiesz do... Powiesz mi do czego? Dlaczego nagle spieszy ci się do

wyleczenia kolana? Dokąd się wybierasz?

Key’la odebrała z jej rąk kolejną porcję papki i zaczęła jeść, demonstracyjnie wpatrując

się w miskę.

– Nie chcesz, nie mów. Ale ten namiot należy do Amureha Womreysa z Klanu

Złamanego Kła, dowódcy Wilków, i nikt tu nie wejdzie bez jego pozwolenia. Jeśli go

opuścisz, znajdziesz się poza jego ochroną.

– Nie potrzebuję jego ochrony.

– To dobrze, bo on nie jest zainteresowany, by ci jej udzielać. Widziałam to w jego

oczach, tak samo czarnych i dzikich jak twoje. I lepiej...

Zasłona pełniąca funkcję drzwi uchyliła się, szarpnięta wściekle. Do namiotu weszła

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги