wysoka kobieta o najpiękniejszych włosach, jakie Key’la widziała w życiu. To pierwsze

rzucało się w oczy. Sięgały poniżej pośladków, były gęste i błyszczały jak barwiony na

czarno jedwab. Dopiero potem uwagę przyciągały mroczne, podkreślone ciemnym tuszem

oczy, wargi, które musiały być czymś pociągnięte, bo takiej czerwieni nie mają naturalne

usta, i kilkadziesiąt małych kółek w uszach. Prawdziwa dzikuska. Żadna kobieta Verdanno

nie umalowałaby się tak, nie ozdobiła taką ilością kolczyków ani nie zapuściła takich włosów.

Na jej widok uzdrowicielka zerwała się na nogi.

Ueneya. – Ukłoniła się lekko, ale z wyraźnym szacunkiem.

Kobieta zignorowała ją całkowicie, stała po prostu przez chwilę w wejściu i wpatrywała

się w Key’lę. A dziewczynka, choć bardzo starała się wyglądać godnie, czuła, jak z każdym

uderzeniem serca opuszcza ją pewność siebie. Oczy kobiety były tak beznamiętne, jakby

miała przed sobą kawałek drewna. Trudno rzucić wyzywające spojrzenie komuś, kto patrzy

na ciebie jak na przedmiot.

– Widzę, że karmisz ją naszym mięsem i poisz naszą wodą.

To zdanie, rzucone w ciężko akcentowanym meekhańskim, miało gorzki posmak. Jakby

Key’la nie istniała albo była bezrozumnym zwierzątkiem.

Amenray zabronił mi używania leków, ale nic nie mówił o pożywieniu.

– A ty po raz pierwszy w życiu go posłuchałaś, maneya? A zapach maści i ziół, który

unosi się w tym namiocie, po prostu przywlokłaś ze sobą.

– Tak właśnie się stało, ueneya.

Czerwone wargi wykrzywił kwaśny uśmiech.

– Jesteś najbardziej nieposłuszną niewolnicą, jaka chodzi po tym obozie. Ale mój mąż

bardzo cię lubi, a ja zbyt cenię twoje umiejętności, by karać za byle drobiazg. Nie okłamuj

mnie jednak w żywe oczy, bo sprawdzę, która z nas jest dla niego ważniejsza.

Meekhanka pochyliła się w głębszym ukłonie.

– Wybacz, pani. Bez tych leków ona mogłaby umrzeć, a nie sądzę, by amenray tego

chciał. Nie po tym, jak ją tu przywiózł.

Czarnowłosa uśmiechnęła się szerzej, mniej złośliwie.

– Tak lepiej. To kłamstewko ma pozory prawdy. Choć nie sądzę, aby umarła, to nie

zdołam ci udowodnić, że łżesz. Ale nie lekceważ mnie więcej, Tsaeran.

Kolejny ukłon.

– Nie lekceważę. Ale nie pozwolę... – Drobne dłonie zacisnęły się w pięści. – Nie mogę

pozwolić... nie chcę...

– Wiem. Zna twoją słabość. Gdyby ci pozwolić, każdy kulawy pies i sparszywiały kot

trafiałby do twojego namiotu. Zamiast marnować czas, lepiej idź szykować leki i narzędzia.

Twoje umiejętności wkrótce będą potrzebne.

– Ale...

Wysoka kobieta rzuciła kilka słów w jakimś miejscowym narzeczu, a uzdrowicielka

pobladła nagle, zgięła w ukłonie i nie oglądając za siebie, wyszła.

Zostały same.

– Wiesz, co jej powiedziałam?

Key’la mimowolnie wykonała gest w anaho’la. „Nie wiem”.

– Odpowiadaj słowami!

– Nie wiem.

– Wiesz, kim jestem?

– Nie wiem.

– Nazywam się Saonra Womreys. Jestem żoną tego, który cię tu przywiózł. Nie przyznał

mi się do tego od razu, dopiero wczoraj wieczorem przed opuszczeniem obozu powiedział, że

jesteś w naszym namiocie. Mężczyźni... – Umalowana twarz wykrzywiła się w dziwacznym

grymasie. – Ulegają emocjom, a potem mówią, wiesz, skarbie, mam na boku jakieś dziecko.

Sam nie wiem, jak do tego doszło.

Grymas przerodził się w szalony uśmiech.

– Całymi miesiącami uczyłam się na pamięć tysięcy imion, a on pilnował, żebym

żadnego nie pominęła. Wielu z nas uczy się ich, żeby pamiętać, kim byliśmy, bo nawet psie

truchło zasługuje, by pamiętać jego imię.

Powiedziała to tak szybko i z taką pasją w głosie, że Key’la z początku nie była pewna,

czy dobrze ją zrozumiała. Tym bardziej że meekh kobiety był nie najlepszy, niezgrabny i

sztywny. Ale właśnie ze względu na tę pasję nie odważyła się odezwać.

– A teraz on robi coś takiego. Przywozi do naszego namiotu wozackie szczenię, które

wyrwał z paszczy stepowych ścierwojadów. A ja widzę, jak krwawi w nim serce.

Uśmiech znikł.

– Widzisz, mała dziewczynko. On złożył kiedyś przysięgę, że za to, co zrobiliście, będzie

wami pogardzał. Za zdradę, której się dopuściliście, i tchórzostwo, które okazaliście. Że jeśli

spróbujecie wrócić, podpali wasze wozy i będzie grzał się przy ich ogniu. Takie przysięgi

łatwo składać, gdy rany są świeże, ale z czasem nawet blizny przestają swędzieć. Nowi

wrogowie, nowe walki, wiara, że nigdy nie zdobędziecie się na odwagę, by wrócić.

Key’la nie wytrzymała.

– To nasza ziemia.

– Nie! To była wasza ziemia, dopóki jej nie porzuciliście, a z nią całej swojej przyszłości.

Dopóki nie zdradziliście. Znaleźliście sobie nowe ziemie, pod opieką Meekhanu, za tarczami

jego żołnierzy. To my zostaliśmy tutaj, i musieliśmy walczyć o każdy dzień. On... i inni... i

ja... – Kobieta zacisnęła pięści. – Rany się zabliźniły. Gdyby nie ty... gdyby nie ona...

Zrobiła krok w przód, a dziewczynka zawiesiła wzrok na długim nożu kołyszącym się w

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги