pochwie przy jej pasku. Ona jest szalona – tylko o tym mogła myśleć. Byłoby wyjątkową
złośliwością losu, gdyby teraz zginęła z ręki tej dziwacznej kobiety.
Dzieląca je odległość zmniejszyła się o kolejny krok i Key’la również zacisnęła pięści.
Nie cofnie się. Nie okaże strachu.
– Gdybyś była... – czarnowłosa syczała przez zęby. – Gdybyś była kimś takim jak tamten,
Amureh nie zmarnowałby na ciebie nawet śliny. Ale nie, ty musisz być małym dzieckiem,
związanym i tłuczonym pałkami, ale tak dzielnym, by kopać i gryźć.
Dzielnym? Miała ochotę się roześmiać. Ona? Największy tchórz, jaki kiedykolwiek
jechał w karawanie?
– Wiesz, co usłyszała ode mnie nasza
zrobił. – Znów ten dziwny akcent i słowa wyrzucane jak pociski. – Wziął swój
pojechał na zachód, między wzgórza. Wasz obóz zbliża się do nich i rydwany wędrują po
grzbietach wzgórz jak chrząszcze po padlinie. Ścieramy się, my i oni, a krew ścieka w jary i
doliny.
Zacisnęła jeszcze mocniej pięści.
– Mój mąż szuka zapomnienia w niepotrzebnej walce. Przysłał nawet łup, chcesz
zobaczyć?
Warknęła coś krótko, a klapa namiotu odchyliła się i weszły dwie kobiety wlokące za
sobą ciało. Tsaeran szła obok i próbowała w ruchu opatrywać rannego.
Na kolejną komendę Saonry rzuciły mężczyznę na ziemię i wyszły. Żadna się nawet nie
obejrzała.
– Mógłby leżeć na środku obozu i nikt nie rzuciłby w niego kamieniem ani nie dotknął go
kijem. Po prostu zdechłby, a potem wyciągnęlibyśmy jego ścierwo w step i zostawili, żeby
kruki i dzikie psy miały uciechę. Ale mój mąż zażyczył sobie, żebym utrzymała go przy
życiu, bo może powie coś o waszych planach.
Key’la nie odrywała wzroku od mężczyzny. Verdanno, łucznik z rydwanu, zgubił gdzieś
hełm, choć zyskał drugi, bo skrzepła krew pozlepiała mu już włosy w twardą skorupę.
Pikowaną przeszywanicę, nałożoną dodatkowo na kolczugę, miał w strzępach, sama kolczuga
przecięta była tak głęboko, że widziała spodni pancerz i błyskającą w czerwonej ranie kość.
Oddychał ciężko, twarz miał zmiażdżoną jak po uderzeniu bojowym młotem, zarówno nos
jak i usta wyglądały niczym olbrzymie, opite krwią kleszcze.
– Mówić to on raczej nie będzie, ale kto go tam wie. Jesteście jak wszy, trudno was zabić.
– Czarnowłosa przez chwilę wyglądała, jakby chciała splunąć. – Powiedz mi, mała
czy mam rozkazać go opatrzyć, czy pozwolić, by tu zdechł?
– Już kazałaś.
– O tak. Kazałam. Bo jestem dobrą żoną głupiego mężczyzny, który myśli, że rozwalenie
kilku łbów może zaleczyć rozdrapaną ranę. Więc posłucham mojego męża... a wy dopilnujcie,
żeby przeżył.
Odwróciła się i wyszła z namiotu.
Uzdrowicielka natychmiast dopadła rannego.
– Pomóż mi.
Następny kwadrans wypełniło szarpanie się z ciężkim ciałem, zdejmowanie pancerza,
obmywanie ran, a uwzględniając, że był typowym Wozakiem, czyli miał powyżej sześciu
stóp wzrostu i ważył jakieś dwieście funtów, cudem było, że tak szybko się uwinęły. Na
szczęście mężczyzna nadal pozostawał nieprzytomny, więc nie rzucał się, nie jęczał i nie
machał rękami. Tsaeran ograniczała się do krótkich komend, „potrzymaj”, „przyciągnij”,
„obróć”, „uważaj”. Widać było, że ma wprawę w zdejmowaniu pancerzy z ciężko rannych.
Odezwała się pełnym zdaniem, dopiero gdy ułożyły go na posłaniu i obandażowały większość
ran.
– Ona nie jest złą osobą.
Key’la, zajęta zmywaniem krwi z twarzy rannego, nie odpowiedziała.
– Nie jest zła. – Uzdrowicielka badała olbrzymie sińce na brzuchu wojownika. – Tylko
przestraszona. Jej mąż pojechał na wojnę, której nie byłoby, gdybyście nie wrócili. Wiele razy
ruszała z nim do walki i nie znam lepszej łuczniczki, na dwieście kroków trafia w pełnym
cwale w cel wielkości głowy. Chce być przy nim, dołączyć własny łuk do jego topora, ale nie
może. Sahrendey wierzą, że dusza wroga zabitego w walce może wejść w ciało
nienarodzonego, by się mścić. Więc są takie momenty w życiu ich kobiet, gdy trzymają się z
dala od pól bitewnych.
Mężczyzna jęknął, zacharczał pod jej dotykiem. Próbował się poruszyć. Uzdrowicielka
pokręciła głową wyraźnie zmartwiona.
– Dlatego nie jest zadowolona, że kazał go tu przywieźć, i dlatego kazała umieścić go w
tym namiocie. – Wskazała na rzeźbiony słup. – Duchy przodków rodu, wędrujące w ziemi,
nie dopuszczą, by duch tego mężczyzny zagroził dziecku. Ale najbardziej boi się, że on może
zginąć. Że nie wróci. Że trafi go strzała albo oszczep, że stratują go konie albo padnie od
miecza. Bądź wyrozumiała dla strachu ciężarnej kobiety.
Ranny wyglądał kiepsko. Nie udało im się usunąć skrzepu zlepiającego mu włosy, twarz
nadal przypominała kawał mięsa, a rana na piersi krwawiła tak, że bandaże zdążyły już
przybrać barwę jasnego karminu. Key’la słuchała wywodu Meekhanki, ale jej myśli krążyły