wokół łucznika. Kim był, z jakiego rodu, ile miał lat?

– Słyszysz mnie?

– Tak. – Pokiwała głową. – Nie jest zła. Tak naprawdę otaczają mnie sami dobrzy ludzie.

Jej mąż też nie jest zły, tylko z nudów pojechał zabijać moich krewnych, a jak mu rozkażą,

wyda mnie w ręce Se-kohlandczyków. Właściwie mam szczęście.

Spojrzała na uzdrowicielkę, spodziewając się zmieszania albo rozdrażnienia. Dorośli

często tak reagowali, gdy okazywała się bardziej wygadana, niż przystoi dziewięcioletniej

dziewczynce.

Napotkała jednak wzrok, w którym rozbawienie mieszało się ze smutkiem.

– To są dobrzy ludzie. Uczciwi wobec sąsiadów, wierni wobec przyjaciół, unikają

zbędnych okrucieństw i dotrzymują danego słowa. Cóż więcej trzeba, by być dobrym

człowiekiem? A jacy są twoi bliscy? Nie... nie mów, przecież obie to wiemy. A jednak

przysięgi złożone wiele lat temu pchną ich do wojny, której by nie było, gdybyście nie

wrócili. Mimo obietnic spalenia waszych wozów, w głębi ducha chyba liczyli na to, że już się

tu nie pojawicie.

– Co im takiego zrobiliśmy? Co takiego właściwie zrobiliśmy?

Uzdrowicielka pokręciła głową.

– Nie wiem. Nawet między sobą rzadko o tym rozmawiają, i nigdy przy niewolnicy. Ale

jak już ci mówiłam, Sahrendey gardzą wami i woleliby, żebyście nigdy nie weszli im w

drogę. Dopiero zaczynają być rozgniewani, żar ich gniewu dopiero wydostaje się spod grubej

skorupy popiołu, ale wierz mi, gdy już wybuchnie, niebo zapłonie. A wy? Dlaczego ich nie

lubicie?

Key’la wbiła wzrok w leżącego.

– Nie wiem – wyszeptała. – Nie powiedzieli mi... nie mówi się takich rzeczy dzieciom.

Mama... miała mi opowiedzieć o Krwawym Marszu, jak skończę dwanaście lat. Ale teraz...

nie wiem...

Śmiech Meekhanki był cichy i szczery, lecz zabarwiony odrobiną goryczy.

– Widzisz? Dwie niemające pojęcia o co chodzi dziewczyny próbują ocenić, czy ta wojna

ma sens. W oczach Wielkiej Matki żadna wojna nie ma sensu, ale ona rozumie, że czasem

trzeba się bić. To dość swobodna interpretacja Trzeciej Księgi Życia i moja przełożona w

klasztorze zmyłaby mi za nią głowę, ale czasem tak to wygląda. Gdy człowiek wyjdzie zza

murów albo gdy go stamtąd wywloką, zaczyna patrzeć na świat inaczej. Czasem dobrzy

ludzie walczą z innymi dobrymi ludźmi, więc...

Na zewnątrz załomotały kopyta, wybuchły okrzyki. Uzdrowicielka poderwała się, jednym

susem znalazła się przv wyjściu.

– Przywieźli naszych rannych. Muszę iść. Pilnuj go, ale nie dawaj nic do picia, ma

uszkodzone jelita.

I znikła za zasłoną.

Key’la została sama z mężczyzną. Oddychał ciężko, z miazgi, gdzie znajdował się kiedyś

jego nos, wydostawały się krwawe banieczki. Bandaż na piersi zrobił się lepki.

Przez dłuższą chwilę siedziała przy nim nieruchomo, dopiero teraz wyraźnie odczuwając

własne rany. Zapomniała o nich, zajęta opieką nad wojownikiem, ale one nie znikły. Trudno.

W porównaniu z jego stanem wywinęła się kilkoma zadrapaniami. Pogładziła go delikatnie po

głowie, po czym ostrożnie położyła się obok i przytuliła, nie zważając, że brudzi ubranie

krwią. Zapłakała, cicho, jak w rodzinnym wozie.

Dobrzy ludzie zabijają dobrych ludzi.

Nie tak wygląda świat w opowieściach bardów.

Zasnęła.

Rozdział 6

Obudził ją jęk i nagłe poruszenie. Ranny próbował wstać. Zerwała się, napotykając

rozgorączkowane, pełne zagubienia spojrzenie człowieka, który nie wie, gdzie jest i co się z

nim dzieje.

Przykucnęła natychmiast, mimo protestu obolałych mięśni i ostrzegawczego zawrotu

głowy.

– Nie ruszaj się. Leż, bo sobie zrobisz krzywdę.

Zareagował na anaho, wlepiając w nią zdumiony wzrok.

– Jesteś ciężko ranny. Nie próbuj mówić.

Nie posłuchał, spróbował, a oczy pociemniały mu z bólu i jęknął tak, że prawie stanęło jej

serce.

– Mówiłam. Leż spokojnie, bo będzie gorzej. Wiem coś o tym.

Prześlizgnął się wzrokiem po jej sińcach i znieruchomiał.

– Dobrze. Staraj się oddychać płytko. – Nieśmiertelne w takich sytuacjach „wszystko

będzie dobrze” nie chciało jej przejść przez gardło. – Możesz mówić w av’anaho?

Uniósł lekko prawą rękę.

„Mogę”. „Kim jesteś?”.

Dłoń mu drżała, ale znaki dawały się zrozumieć.

– Key’la. Key’la Kalevenh.

„Córka En’leyd”.

– Tak.

Wydawało się, że w jego oczach dostrzega rozbawienie.

„Ojciec się zdenerwował”. „Bracia też”. „Widziałem, jak walczą”.

Av’anaho nie było stworzone do długich opowieści, ale czasem kilka słów wystarczy. Jak

walczą... Zamrugała.

– Żyją.

„Mocno żyją”. „Walczą mocno”. „Inni też”. „Kundle uciekają”. „Wygrywamy”.

Odwróciła wzrok, żeby nie wyczytał w jej twarzy niemego oskarżenia. Wygrywamy? To

co tutaj robisz, wojowniku?

Domyślił się jednak, o co jej chodzi, bo najpierw delikatnie dotknął jej ręki, a potem, gdy

spojrzała na jego dłoń, ta zatańczyła.

„Zrobiliśmy błąd”. „Za daleko pojechaliśmy”. „Było ciemno”. „Zasadzka”.

– Wiesz, kto cię schwytał?

Musiał wyczuć napięcie w jej głosie, bo zamarł.

„Nie”, padło po chwili.

– Glyndoi.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги