Dłoń zamarła i przez chwilę leżała nieruchomo. Przeniosła wzrok na jego twarz,
zapuchnięte oczy wyglądały jak studnie.
– Oni już tu są razem z resztą Sahrendey. Będą mieli ze czterdzieści tysięcy konnych.
Yawenyr podobno znajduje się ledwo dzień drogi stąd z całą swoją gwardią, Kaileo Hynu
Lawyo jest jakieś trzy dni za nim. Zawyr Heru Lom też już tu spieszy. Oni wiedzą czekają na
nasz obóz. Cofają się, żeby wciągnąć go w pułapkę. Między wzgórzami a rzeką nie będzie już
gdzie uciekać. A potem zajmą się pozostałymi karawanami. Jedną po drugiej – powtórzyła to,
co usłyszała od uzdrowicielki, najlepiej jak umiała. – Nie wygrywacie. Idziecie na rzeź.
Jego dłoń zadrżała i pokazała kilka znaków.
„Mordercy”. „Zdrajcy”. Potem był znak, którego nie rozpoznała, więc z pewnością
należał do tych, których nie powinno się pokazywać małym dziewczynkom.
Wreszcie uspokoił się i widać było, że dużo by dał, żeby móc mówić. I że bardzo cierpi,
fale bólu raz po raz mgliły mu wzrok. Ale nie rezygnował.
„Trzeba ostrzec”. „Muszę...”.
Key’la popatrzyła na niego z góry.
– Nic nie musisz, wojowniku. I niczego nie dasz rady zrobić, bo wkrótce umrzesz.
Zdumiała się, jak łatwo te słowa przeszły jej przez gardło. Umrzesz. Wiedziała, że ma
rację, bo Tsaeran, uzdrowicielka, która przygarniała każdego psa w plemieniu, nie dała mu
żadnych leków. Ani maści, ani wywarów. Najpewniej po dokładniejszym badaniu stwierdziła,
że mężczyzna i tak skona.
– Jak chcesz kogokolwiek ostrzec, skoro ledwo możesz się ruszać?
Dłoń leżącego drżała, jakby targały nią bezwiedne skurcze. „Ty”. „Ty musisz”. Nawet te
proste gesty były dziwnie niepewne.
– Tak. – Skinęła głową. – Ja muszę. Znaleźć konia i pojechać. Nie jestem już Verdanno,
ale znam swoje obowiązki. Jednak mogę to zrobić dopiero po zmierzchu. Ukraść konia, mieć
nadzieję, że mnie nie zrzuci, i pojechać na zachód, modląc się, by trafić na obóz.
Spojrzała mu w oczy. Patrzył przytomnie, zatrważająco przytomnie jak na kogoś, kto
jedną nogą był już w drodze na sąd Białej Klaczy.
„Wybacz”.
– Nie ma czego. Do zmierzchu zostało trochę czasu. Zanim odejdziesz, opowiesz mi, co
zrobili Sahrendey?
„Jesteś za młoda”.
Uśmiechnęła się i dotknęła palcem kilku sińców.
„Naprawdę, wojowniku?”.
Uciekł wzrokiem w bok, jakby nagle zrozumiał, że nie ma przed sobą zwykłej
dziewczynki. „Wybacz”. „Opowiem”.
* * *
Umarł zaraz po tym, jak skończył opowiadać. Mowa niska, wyrosła z języka gestów,
którymi woźnice przekazywali sobie wieści w czasie wędrówek gigantycznych karawan, nie
nadawała się zbytnio do takich historii. Nabrzmiałych gniewem, nienawiścią i pogardą.
Człowiek mówiący normalnie ma całą gamę narzędzi, żeby przekazać to, co naprawdę chce
powiedzieć. Gesty, mimikę, intonację. Wypowiadane słowa mają często znaczenie
drugorzędne. Ale w
się na dodatek ruszać, są tylko słowa. Takie, które wypalają ci w sercu rany głębokie jak
grzechy świata.
Wyślizgnęła się z namiotu, ledwo zaszło słońce. Łucznik, którego imienia nie poznała,
zmarł jakąś godzinę wcześniej, tak, jakby łaska Pani Stepów zstąpiła na niego. Po prostu
zamknął oczy, westchnął i jego pierś już się nie poruszyła. Key’la zmówiła krótką modlitwę
nad ciałem, przykryła zmasakrowaną twarz kawałkiem materiału i czekała. Uzdrowicielka nie
pojawiała się. Może ta ciężarna zabroniła jej przychodzić, a może rannych w walce było tak
wielu, że musiała się nimi cały czas zajmować. Dziewczynka miała nadzieję, że jest ich
naprawdę wielu, a jeszcze więcej martwych i konających, których czarne dusze zostaną
stratowane przez Klacz.
Mordercy.
Ubrała się w swoje rzeczy, a przeszukawszy kilka pak, znalazła wreszcie coś w rodzaju
luźnej szaty, sięgającej do kolan i wyposażonej w kaptur. W obozie musiały być straże, jeśli
ją zaczepią, odezwie się do nich po meekhańsku, może uznają ją za jedną z niewolnic. O
bieganiu nie było mowy, opuchlizna na kolanie zmalała, lecz nogę nadal miała sztywną, a gdy
próbowała ją zgiąć, odzywał się paskudny ból. Z resztą obrażeń nie było lepiej, kilka razy
zakręciło jej się w głowie, a nagłe kłucie w dole pleców przypomniało, że ma nerki. Ale było
coś, co działało jak najlepszy lek przeciwbólowy.
Nienawiść i gniew.
Mordercy i zdrajcy.
„Zawarliśmy przymierze”, mówił Wozak w
„Przed Krwawym Marszem”.
„Z nimi”.
„Wiedzieliśmy, że jesteśmy zbyt słabi”.
„Że potrzebujemy konnicy”.
„Wsparcie dla naszych kół”.
„Oni...”.
„Przed pierwszą wojną...”.
„Przed przybyciem Se-kohlandczyków”.
„Byliśmy przyjaciółmi”.
„Handlowaliśmy”.
„Razem świętowaliśmy”.
„Mieszaliśmy krew”.
„Przyjaciele”.
Niewiarygodne, ile pogardy można wyrazić samymi oczami.
Zanim wyszła z namiotu, z kilku rzeczy ułożyła na swoim posłaniu podłużny tłumok i
przykryła go pledem. Może się uda, a może da jej to tylko kilka uderzeń serca więcej.