Nieważne. Jeśli kiedyś jeszcze spotka uzdrowicielkę, wywarczy jej w twarz, co sądzi o
„dobrych ludziach”.
Nocne powietrze było chłodne, orzeźwiające, kilka wdechów przegnało zawroty głowy i
rozjaśniło myśli. Rozejrzała się i odetchnęła z ulgą. Ten namiot znajdował się niemal na
skraju obozowiska. Tylko kilka innych dzieliło go od otwartego terenu.
Obóz Glyndoi znajdował się na krawędzi olbrzymiej niecki, o kształcie podłużnego
naczynia, w którym mama często podawała pieczoną gęś. Na to wspomnienie zakłuło ją w
piersi i jednocześnie zaburczało w brzuchu. Teren lekko opadał, przechodził w gładką
równinę o średnicy kilku mil, a potem odbijał w górę linią pofałdowanych wzgórz,
odcinających się czarnymi grzbietami od nocnego nieba. Odszukała wzrokiem kilka
znajomych gwiazd, tak, wzgórza były na zachodzie. Tam musiała jechać.
Wzięła jeszcze głębszy oddech. Powietrze pachniało dymem, wilgotną skórą i końmi.
Ciche parsknięcia dobiegały gdzieś z przodu, od strony otwartej przestrzeni. To w końcu
oczywiste, nikt nie trzyma wierzchowców między namiotami. Przymknęła oczy, zbierając się
na odwagę i łajając za własne tchórzostwo. Miała wrażenie, że zza każdego z okolicznych
namiotów przypatrują jej się złe oczy.
No, już – ponagliła własne nogi – naprzód. I nie skradaj się, idź, jakbyś miała coś do
załatwienia.
Opowieść umierającego wojownika parzyła ją w środku ponurym żarem. Gdy tylko
przymykała oczy, widziała drżącą dłoń kreślącą w powietrzu kolejne znaki.
„Przyjaciele”.
„Ze wszystkich plemion konnych ufaliśmy najbardziej im”.
„Gdy Yawenyr...”.
„... atakował Imperium”.
„Powiedział”.
„Dajcie zakładników”.
„Gwarancję uległości”.
„Byliśmy pobici”.
„Pokonani nie... odmawiają”.
„Daliśmy”.
„Tylko prosiliśmy”.
„Niech zakładników...”.
„... wezmą Sahrendey”.
„Oni są blisko”.
„Myśleliśmy... przyjaciele”.
„Myśleliśmy... prawie bracia”.
„Wiele krwi... zmieszaliśmy przez lata”.
„Yawenyr podbił ich...”.
„... przyłączył do swojej hordy”.
„Ale... przyjaciele... zaufanie”.
Pierwszych kilka kroków zrobiła ostrożnie, jakby stąpała po cienkim lodzie. Potem
poszło łatwiej. Minęła dwa namioty i kryjąc się pod ścianą ostatniego, obejrzała teren przed
sobą. Wąski sierp księżyca wisiał na niebie, ale było dość światła, by mogła się zorientować
w terenie. Niecka naprawdę była duża, Key’la nie umiała dokładnie ocenić odległości, ale do
wzgórz było ładnych kilka mil. Bez konia kuśtykałaby tam do świtu.
Na szczęście parę sporych, ruchomych plam w ciemności wskazywało miejsca, gdzie
koczownicy zgromadzili swoje tabuny. Jutro te konie wezmą udział w bitwie. Chyba że ktoś
zawiadomi nadciągający obóz o pułapce.
„...zaufanie”.
„Osiem tysięcy dzieci”.
„Po jednym na ród”.
„Zamieszkało pod namiotami”.
„Miały dwa, trzy... sześć lat”.
„Wojna z Imperium...”.
„... pięć krwawych lat...”.
„... my czekaliśmy...”.
„Słuchaliśmy”.
„Wojownicy Sahrendey...”.
„... pojechali na zachód”.
„Walczyć za nie swoją sprawę”.
„A my mówiliśmy ich wodzom...”.
„Porzućcie koczowników...”.
„... wy i my, siodła, rydwany...”.
„... bojowe wozy”.
„Pokonamy ich, przepędzimy”.
„Oni słuchali chętnie”.
„Mówili: dobry plan”.
„Mówili: pojedziemy z wami”.
„Jak tylko nasze sokoły wrócą...”.
„... wypędzimy (nie znała tego znaku)”.
„Nie wrócili... Imperium...”.
„... usypało z ich kości wzgórze”.
„Yawenyr... usłyszał plotki o naszych planach”.
„Powiedział im... udowodnijcie wierność”.
„Zabijcie zakładników”.
„Oni... tchórzliwe psy...”.
„... łaszące się do nóg pana...”.
„Wykopali doły... wypełnili je...”.
„... ciałami naszych dzieci...”.
„Ośmioma tysiącami ciał”.
Dobrzy ludzie. Chciało jej się krzyczeć. Wrzeszczeć i płakać jednocześnie. Dobrzy
ludzie... I ci, bezwiednie powtórzyła niezrozumiały gest w
wspomnienie Verdanno. Ale przecież tak to działa, wyrządzisz komuś straszliwą krzywdę, to
starasz się odebrać mu godność i honor, bo wtedy łatwiej jest spojrzeć sobie w oczy.
Czekała, wpatrzona w ciemność. Wzrok przyzwyczaił się, rozróżniała już poszczególne
zwierzęta w tabunach. Nigdzie jednak nie spostrzegła wartowników, więc albo Glyndoi czuli
się bardzo pewnie, albo strażnicy znajdowali się za końmi. To by znaczyło, że musi wybrać
naprawdę dobrego wierzchowca i liczyć na szczęście.
Kilkadziesiąt szybkich kroków wyniosło ją poza linię namiotów, kuśtykała kulawym
truchtem, zaciskając zęby i powstrzymując jęki, gdy tylko stawała na lewą nogę. Konie
powitały ją podenerwowanymi parsknięciami, więc stanęła na chwilę nieruchomo, by mogły
poczuć jej zapach i ocenić, czy stanowi zagrożenie. Miała nadzieję, że noc i dzień w namiocie
Glyndoi i ukradziona szata zmylą zwierzęta. Oceniała je, wszystkie wyglądały na dobrze
odżywione i szybkie, na dodatek były duże, większe niż konie Se-kohlandczyków. Ale i
Glyndoi są więksi niż zwykli koczownicy, być może miało z tym coś wspólnego mieszanie
krwi, o którym wspomniał konający łucznik.