Tym większa była ich wina.
Odwróciła się, żeby rzucić okiem na obozowisko, i zaparło jej dech. Tysiące namiotów.
Zajmowały całą krawędź niecki, rozciągając się na milę w obie strony i najpewniej ciągnąc
się też za wzniesieniem. Naprawdę byli tu wszyscy Sahrendey. Co do jednego.
Gdyby miała jakąś magiczną moc, postarałaby się, by wszyscy już tu pozostali.
Ostrzegło ją to, że konie zaczęły parskać, mimo iż się nie poruszyła. Ale było już za
późno. Ciemna ręka zakryła jej usta, a w uszy wgryzł się ponury szept:
– Tak myślałem, że jeśli ktokolwiek będzie próbował nocą uciec z obozu, to będziesz
właśnie ty.
Mówiący miał okropny akcent, a jego głos słyszała pierwszy raz w życiu, ale w sposobie,
w jaki to powiedział, było coś osobistego. Następne zdanie wyjaśniło wszystko.
– Syn mojego druha będzie utykał do końca życia, bo moja własna matka nie upilnowała
niewolnicy. Ale jak już pokonamy wasz obóz, zdobędę dość koni i złota, by opłacić mu
pomoc najlepszych czarowników.
Czyli jednak przegryzłam to ścięgno – zdążyła pomyśleć, zanim uderzył ją w głowę, i
zapadła w ciemność.
* * *
Czekali aż do świtu, nim zaczęli, ale wtedy poświęcili jej mnóstwo czasu. Najpierw dali
jej pić i nakarmili do syta, przemocą wlewając zimną polewkę i gorzko pachnącą wodę w
usta. Starannie wybrali miejsce: na skraju obozowiska Sahrendey, na szczycie niewielkiego
wzniesienia, z którego roztaczał się doskonały widok na całą dolinę. Starannie rozstawili
stelaż. Trzy długie tyczki, związane z jednej strony i rozstawione w trójkąt niczym szkielet
najprymitywniejszego namiotu. Tylko że teraz nie miały wisieć na nim zwierzęce skóry.
Key’la nie potrafiła rozpoznać przeznaczenia pęku rzemieni zakończonych hakami, który
jej oprawcy wyciągnęli, gdy konstrukcja była już gotowa, i chyba trochę ich tym
rozczarowała. Więc szybko rzucili ją twarzą do ziemi, przycisnęli, a potem... jeden z nich
pochylił się i zaczął szybkimi, nadzwyczaj sprawnymi ruchami wbijać jej haki w plecy.
Krzyknęła, zaskoczona, gdy pierwsze ostrze przebiło skórę i wyszło na zewnątrz, ale zaraz
zacisnęła zęby. Nie. Nie będzie szlochać i płakać.
Wbili jej cztery ostrza w plecy, na wysokości łopatek, odwrócili i wbili następne cztery na
piersi. Postawili ją na odwróconym cebrze pośrodku rusztowania, przerzucili pęk rzemieni
przez szczyt tyczek i – a wtedy wiedziała już, co zrobią, choć wyobraźnia cofała się przed
oczywistością – wykopali jej podporę spod stóp.
Szarpnięcie było miękkie, mniej bolesne, niż się spodziewała, a uczucie unoszenia się w
powietrzu na tyle niezwykle, że prawie mogła zignorować ból.
Jeden z Se-kohlandczyków szturchnął ją, aż zakręciła się wokół własnej osi. Zacisnęła
usta. Nie będzie krzyczeć.
Zaśmiali się tylko.
– Widzisz,
żeby powiesić zwierzę tak, by jak najdłużej żyło. Widziałem raz, jak silny niewolnik dopiero
po dziesięciu dniach przestał się ruszać, choć ptaki już po pięciu ucztowały na jego twarzy.
Tobie daję trzy dni. Zostawię tu nawet ludzi, żebyś przedwcześnie nie nakarmiła wron swoimi
oczami. Będziesz miała piękny widok.
Wskazał panoramę niecki. Grzbiety wzgórz, które miała teraz nieco po lewej, oświetlało
już słońce, po prawej odległy o dwieście jardów obóz Sahrendey budził się do życia. Jeszcze
jej nie zauważyli albo nie obchodziło ich, kogo Se-kohlandczycy wieszają o świcie. Dlaczego
niby miałoby ich to obchodzić?
Za obozowiskiem koczowników niecka opadała łagodnie ku niebieszczącej się rzece.
Szeroko rozlana, ciemna i spokojna.
– Twoi są już między wzgórzami, szli wczoraj przez cały dzień, potem rozbili obóz i
wkrótce znów ruszą, prosto na ten bród. Bo to jedyny bród w okolicy, który przepuści taką
karawanę. Już moglibyśmy ich zniszczyć, ale Ojciec Wojny przysłał rozkaz, by czekać z
atakiem na jego przybycie. Chce osobiście dowodzić. Będziesz więc miała piękny widok na
całą bitwę.
Koczownik mówił chrapliwie, zerkając co chwilę na obozowisko Sahrendey. Było jasne,
że mógł wybrać sto innych miejsc, i że czeka na ich reakcję. Stała się zabawką, przedmiotem,
który wyrywali sobie z rąk, byleby tylko dokuczyć pogardzanemu przeciwnikowi.
– Za to, co zrobiłaś jego synowi, mój druh chciałby cię zakopać żywcem w mrowisku.
Nie mówię nie. – Uśmiechnął się oszczędnie, z wystudiowanym okrucieństwem. – Ale
pomyślałem, że zrobimy to dopiero wtedy, gdy zostaniesz nad tą rzeką jako ostatnia ze swego
parszywego plemienia, gdy już zobaczysz, jak spalimy wszystkie wasze wozy i zabijemy
wszystkich twoich krewnych. Wtedy, jeśli będziesz jeszcze żyła, znajdziemy jakieś
mrowisko.
Najwyraźniej bardzo, ale to bardzo chciał zobaczyć w jej oczach strach. Więc
uśmiechnęła się tylko. Nee’wa uczyła ją od wielu lat, co to znaczy ostry język.
– Było dużo ochotników?
Zmarszczył brwi, zaskoczony.