– Oszalałaś ze strachu?

– Nie. – Pokręciła głową. – Pytam, czy do pilnowania mnie było wielu chętnych? Bo ci,

którzy będą pilnować, nie pójdą do bitwy. I nie spotkają moich braci.

Przestał się uśmiechać, lecz ostrym warknięciem powstrzymał jednego ze swoich ludzi,

który właśnie zamierzał się na nią rzemieniem.

– Dobrze. Bardzo dobrze. Nim umrzesz, każę ci wyrwać język i nakarmię nim swojego

psa. Może zacznie głośniej szczekać. A teraz czekaj. Nim minie południe, powinnaś zobaczyć

pierwsze wozy. Wpuścimy je tu, pozwolimy zobaczyć rzekę, a potem wszystkie spalimy. I

wtedy znajdę dla ciebie mrowisko.

Ruszył i znikł za jej plecami. Jeden z jego ludzi został, chwilę przypatrywał się

dziewczynie z namysłem, po czym usiadł, oparł plecami o jedną z tyczek i zamknął oczy.

Słońce w pełnej chwale wyszło nad horyzont.

* * *

Ten „dzień” obfitował w niespodzianki. Najpierw w jednym z jarów znaleźli coś, co

wyglądało jak ruiny. Szereg kwadratowych podestów, nie wyższych niż na stopę, wystawało

z gruntu. Musieli zejść na dno, by to sprawdzić. Kwadraty miały boki o długości od dziesięciu

do przeszło czterdziestu stóp. Zbudowano je z tego samego kamienia co i drogę, lecz jeśli

kiedykolwiek coś na nich postawiono, nie został po tym żaden ślad. Po godzinnych

oględzinach Kenneth zarządził kontynuowanie wędrówki.

Potem, w czasie pierwszego postoju, zauważyli ruch na niebie. Trzy ciemne punkty

przemierzały przestworza tuż nad horyzontem, daleko przed nimi. Trudno było ocenić

zarówno odległość, jak i rozmiar stworzeń. Równie dobrze mogły to być wielkie ptaki, jak i

latające miasta.

Punkty robiły się coraz mniejsze, w miarę jak się od nich oddalały, po czym znikły w

bladej szarości. Od tej chwili nakazał wszystkim obserwację nieboskłonu.

Następnie, tuż przed kolejnym dłuższym odpoczynkiem, znaleźli ciała.

Cała kompania zgromadziła się wokół czterech trupów, tkwiących w szczelinie pod

skalnym nawisem, zastygłych na wieczność w dramatycznych pozach. Przegapiliby je, gdyby

nie psy, lecz nawet one nie odważyły się podejść do zwłok, tylko zatrzymały dobre

dwadzieścia kroków od szczeliny i skomląc, wskazały ją ludziom.

Cztery ciała. Całkowicie zmumifikowane, lecz poza tym zachowane w doskonałym

stanie. Nie licząc połamanych kości, ran i broni, która nawet po śmierci tkwiła w tych ranach.

Trzy z ciał należały do ludzi, jeśliby ktoś się uparł, by tak nazywać tych szarych

zabójców. Wilk, Nur i Azger jednogłośnie stwierdzili, że jeśli to nie bracia, to przynajmniej

bliscy kuzyni morderców szalejących po Olekadach. Zwłoki były zbyt stare, by mieć

całkowitą pewność, ale szare stroje i szare ostrza w dłoniach zdradzały przynależność do

jednej bandy. Ale czwarty trup, ten, który zapłacił im za swoją śmierć tą samą monetą...

Porucznik kazał go wyciągnąć ze szczeliny, by mieć pewność, że oczy ich nie mylą.

Zabity miał prawie siedem stóp wzrostu i z całą pewnością nie był człowiekiem. Po pierwsze

twarz, szeroka, z dziwnie zwierzęcymi rysami, płaskim nosem, a raczej nozdrzami, szeroko

rozstawionymi oczyma i mocno zarysowanymi szczękami, w których wyróżniały się

masywne kły. Po drugie włosy, krótkie, sztywne i grube. Po trzecie ręce. Cztery ramiona, po

dwa z każdej strony ciała, zakończone normalnymi, pięciopalczastymi dłońmi, choć kciuki

były odrobinę za długie.

Kenneth kazał dokładnie obejrzeć ciało, szukając... psiakrew, śladów maskarady, jakiejś

konstrukcji, która przytrzymywałaby sztuczne ręce przy tułowiu, albo czegoś w tym stylu.

Nic z tego, musiał przełknąć fakt, że zabity miał więcej kończyn niż ludzie, choć ubierał się

dość normalnie, nosił zwykłe spodnie, rodzaj luźnego kubraka bez rękawów i buty ze

skórzaną podeszwą.

Przy pasie miał pochwy od dwóch długich szabel albo broni, która szable przypominała,

bo ich pióra rozszerzały się na trzy cale, a rękojeści były zdecydowanie dwuręczne. Jedno z

takich ostrzy tkwiło w czaszce napastnika, który wbił czterorękiemu nóż w brzuch, drugie

leżało pod skalną ścianą, złamane wpół. Stworzenie zabił cios w pierś tak silny, że sztych

długiego noża wyszedł mu plecami, choć sądząc po ułożeniu ciał, jego morderca skonał w tej

samej chwili ze zmiażdżonym gardłem. Ostatni zabójca miał rozrąbany bok, co jasno mówiło,

jak zginął.

Wszyscy nosili ślady zażartej walki, każdy z trupów odniósł w niej przynajmniej kilka

ran, co świadczyło o tym, że najpewniej bardzo chcieli się pozabijać. Nie wiadomo było

tylko, czy wynik starcia ich usatysfakcjonował.

Sprawdzali ciała przez dłuższy czas, ale nawet połączone siły najlepszych tropicieli

kompanii nie mogły zdziałać cudów. Na przykład odpowiedzieć, kim był ten czwororęki

olbrzym i kiedy zginął. Te trupy mogły tu leżeć całe wieki. Dwie rzeczy były pewne: to, że

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги