martwa kraina miała swoich gospodarzy i była kiedyś polem bitwy, a rozpętane w czasie tego
starcia Moce obróciły ją w pustynię. I to, że szarzy zabójcy byli jakoś z nią związani.
Kenneth nabrał co do tego pewności, gdy pokazali ciała dziewczynom.
Kailean tylko wzruszyła ramionami, a Daghena wyglądała, jakby próbowała sobie coś
przypomnieć, ale po chwili machnęła ręką. Lecz ich więzień... Na początku Laiwa nie
podnosiła w ogóle wzroku, zamknięta w klatce obojętności, ale kiedy postawili ją tuż przed
rozciągniętym na ziemi ciałem, zamarła. Porucznik pierwszy raz w życiu widział, żeby ktoś
tak całkowicie skamieniał. Jakby zamieniono ją w posąg.
A kiedy się odezwała, z jej ust popłynęła modlitwa. To nie był meekh ani żaden język,
który potrafiłby zidentyfikować, ale jeśli to nie była modlitwa, Kenneth gotów był zjeść
własną tarczę. Tylko modlitwy mają taką rytmikę, i to niezależnie od tego, w jakim języku są
wznoszone. Tylko w modlitwie, szczerej modlitwie, potrafią się tak pochylać ramiona i
skłaniać głowy, i tylko takiej modlitwie mogą towarzyszyć łzy. Nikt nie będzie płakał,
recytując poezję erotyczną albo przeklinając.
Potem, tak samo nagle, jak się ożywiła, Laiwa znikła. Po prostu. Ukryła się we własnej
głowie tak głęboko, że na powierzchni nie pozostał nawet ślad. Jakby w siodle siedział trup.
Gdyby nie pozostałości łez na policzkach, można by całe zajście wziąć za wymysł,
halucynację przemęczonego umysłu.
Od dwóch dni... dwóch umownych dni, nie udało im się też znaleźć kolejnego źródła
wody.
Dzień wcześniej zabili drugiego konia.
Na następnym postoju będą musieli zabić kuca.
Droga, której starali się trzymać, zdawała się wieść donikąd.
* * *
Kocimiętka westchnął, zaklął i otarł pot z czoła. Sanawami. Właściwie powinien
spodziewać się, jak te wzgórza będą wyglądać. Verdanno opisywali je dość dokładnie,
opowiadając o nich jako o grzbietach wielkich ryb, płynących tuż pod powierzchnią wody. I
mniej więcej tak właśnie wyglądały.
Olbrzymie, długie na dwie, czasem trzy i szerokie na pół mili wzniesienia, przecinające
Wyżynę Lytherańską z północy na południe. Nie były wysokie, miały po sto, sto pięćdziesiąt
jardów, jednak w tej dość płaskiej krainie i tak prezentowały się okazale. Nie stanowiły
żadnej przeszkody dla wozów, konie radziły sobie z łatwością, lecz wymusiły zmianę szyku.
Pancerny Wąż rozciągnął się na boki, skurczył, podciągnął tyły, zmieniając niemal w
kwadrat. To oczywiście miało swój sens, gdyby karawana pozostawała rozciągniętą na milę
kolumną, jej czoło – chowając się za wzgórzami – traciłoby co chwilę kontakt z zadkiem.
Teraz on sam mógł przynajmniej, stojąc na szczycie wzgórza, ocenić ogrom przedsięwzięcia,
którego podjęli się ci szaleńcy. Pięć tysięcy wozów, jakieś trzydzieści tysięcy ludzi i tyle
samo koni. I wszystko to w wędrówce przez środek tej przeklętej wyżyny, prosto na hordę
koczowników.
Stanął w strzemionach i rozejrzał się. Pojazdy płynęły leniwą rzeką, trzymając całkiem
nieźle szyk, choć And’ewers ciągle wyglądał na niezadowolonego. Kocimiętka uważał, że
jeśli uwzględnić, iż ledwo co piąty woźnica ma doświadczenie w powożeniu w karawanie, to
i tak radzą sobie doskonale. Wbrew temu, co sobie wyobrażał, wewnątrz ochronnego
kordonu, utworzonego z wozów bojowych, nie było wcale tak ciasno. Wozy mieszkalne i
transportowe podróżowały w liczących około stu pojazdów grupach, mających własnego
dowódcę i ścisłe miejsce w formacji. Każda taka grupa jechała w kolumnie szerokiej na pięć i
długiej na dwadzieścia pojazdów, a jej woźnice mieli za zadanie tylko trzymać się swoich.
Pomiędzy tymi mniejszymi karawanami pozostawało dużo miejsca, szerokimi alejami
jeździły rydwany, czasem pojedynczo, czasem w sporych grupach, choć zdecydowana ich
większość tworzyła kilkumilowy kordon ochronny wokół wędrującego obozu. Ten szyk
zapewniał całości ruchliwość i zdolność do błyskawicznego okopywania się. Tak jak wczoraj
wieczorem, gdy w ledwo dwa kwadranse pochód zamienił się z gigantycznej karawany w
olbrzymi warowny obóz. Zewnętrzne ściany, składające się z trzech szeregów pancernych
wozów, ścieśniły szyk, tworząc mur, mniejsze grupy wozów utworzyły własne ochronne
formacje, w których wnętrzu znaleźli schronienie zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Całość
wyglądała jak miasto, z dzielnicami i oddzielającymi je ulicami. Bardzo porządnie i po
wojskowemu.
Rankiem w mniej niż dwa kwadranse wszyscy zwinęli się i byli gotowi do drogi,
Kocimiętka uznał, że taka sprawność zawstydziłaby nawet meekhańską armię.
A And’ewers i tak wyglądał na niezadowolonego.
Minął ich oddział rydwanów, wracający – sądząc po stanie, w jakim znajdowały się konie
– z dalekiego zwiadu. Woźnice pozdrowili go, unosząc dłonie, któryś zagwizdał. Odmachnął