im, pokazując jeden z obelżywych gestów, których się ostatnio nauczył. Odpowiedziały mu

gwizdy i śmiechy. Szczeniaki. Mają za sobą jedną bitwę i kilka starć, ale to nadal banda

dzieciaków bawiących się w wojnę.

Po nocnej eskapadzie na południe, kiedy on i reszta czaardanu zapobiegli masakrze, stali

się w obozie czymś w rodzaju honorowych gości albo maskotek. Każdy wóz stał przed nimi

otworem, mężczyźni pozdrawiali ich jak równych sobie, a młode kobiety uśmiechały się

zalotnie i pokazywały, gdzie będą nocować. Niiar, Landeh, Janne, zresztą na kopyta Laal, on

sam, przyjęli niejedno zaproszenie. Dlaczegóż by nie? Co robiły Lea i Veria, nie wiedział, ale

nie wyglądały na niezadowolone. Dlaczegóż by więc – powtarzał sobie w duchu – dlaczegóż

do cholery, nie? W końcu jedziemy przez te cholerne wzgórza ku tej cholernej bitwie. Mamy

trzy tysiące rydwanów, tysiąc wozów bojowych i trzydzieści tysięcy ludzi, a przeciw nam

stanie... Oprócz sił Kyh Danu Kreda, który już pewnie zebrał większość swoich rzeźników,

pewnie będą tam też Sahrendey.

Zeszłego wieczoru Verdanno starli się z kilkoma podjazdami, w których walczyli brodaci

barbarzyńcy o twarzach pomalowanych w białe smugi. Podobno zaczęli się tak ozdabiać do

bitwy dopiero ostatnimi laty, ale na Wschodzie nikt nie miał wątpliwości, kim byli. Białe

Wilki, elita Sahrendey. Wieść o tym już się rozeszła i w całym obozie dawało się wyczuć

paskudne napięcie.

Kocimiętka nie miał pojęcia, o co w tym chodzi, po prostu na wspomnienie o plemionach

Amanewe Czerwonego w oczach Verdanno pojawiał się dziwny błysk. Był na wojnie i

widział już coś takiego w spojrzeniach ludzi, dla których nie liczyło się nic poza zemstą i

cudzą śmiercią. Wiedział też, że dobrze mieć w oddziale kilku takich desperatów, którzy bez

wahania rzucą się do najbardziej szaleńczego ataku albo z radością zostaną na straconej

pozycji, byleby tylko ujrzeć jeszcze raz krew wroga na własnym ostrzu. Ale cała armia z

takim wzrokiem to zapowiedź nie bitwy, lecz rzezi. Nie będzie brania jeńców ani paktowania,

nie będzie szansy na rozejm czy zawieszenie broni. Nie, żeby na coś takiego liczył, ale jak

dowodzić, gdy twoi ludzie chcą tylko poczuć smak cudzej krwi w ustach? Na wieść, że Wilki

są w pobliżu, kilka oddziałów rydwanów wbrew rozkazom wyrwało się do przodu i już nie

wróciło. Nikt nie miał wątpliwości, jaki los je spotkał, ale to nie był największy problem. Jeśli

już teraz Verdanno mieli kłopot z utrzymaniem dyscypliny, to co stanie się później? Gdy

zobaczą szeregi znienawidzonych wrogów, wrzeszczących i prowokujących ich, czy się oprą?

Gdy zobaczą, jak wróg zawraca i ucieka, nawet jeśli dla każdego, kto zachowa zimny umysł,

będzie jasne, że to pułapka, czy posłuchają rozkazów i zostaną na miejscu? Nienawiść i

pogarda dla wroga jest dobra w pieśniach i eposach, ale na polu bitwy to obosieczna broń.

Wojnę należy toczyć tak, jak nauczyli tego wszystkich swoich sąsiadów Meekhańczycy, na

zimno i z wyrachowaniem, kalkulując każdy krok i nie pozwalając, by o wyniku walki

decydował bojowy szał. A później niech już sobie poeci dopisują, co chcą. A teraz to, co

płonęło w oczach Wozaków, wróżyło źle. Ktokolwiek będzie nimi dowodził, będzie miał

kłopot.

Dowodzenie też go zresztą martwiło. Jako były oficer lubił proste i konkretne struktury,

jeden dowódca, jego zastępcy, a pod nimi coraz szersze szeregi podwładnych. Trójkąt, na

którego szczycie jest wódz – generał, herszt, Ojciec Wojny, jak zwał, tak zwał – a na dole

ciury czyszczące koniom kopyta. Tu było trzech dowódców, jeden od marszu, drugi od

obrony i trzeci, od rydwanów, o niezbyt jasnej pozycji. Co zrobią, gdy wróg uderzy w chwili,

gdy obóz będzie w trakcie okopywania? Kto w takiej chwili dowodzi?

Źle jest komplikować sobie życie nad miarę.

Zgrzytnął zębami.

Na dodatek And’ewers nie wypuszczał ich na zewnątrz. A wewnątrz karawany nie bardzo

mogli pomóc. Janne wspominał o wielkiej masie ludzi, koni i namiotów gdzieś nad rzeką za

wzgórzami, lecz jego talent miał swoje ograniczenia i nie pozwalał na sięgnięcie do umysłów

ptaków oddalonych dalej niż kilka mil. Podobnie Lea, potwierdzała, że obóz wędruje w stronę

wroga, ale z takiej odległości nie potrafiła określić, czy jest tam pięć, dziesięć czy pięćdziesiąt

tysięcy konnych. Jego ludzie powinni pojechać naprzód, godzina, dwie szybkiej jazdy i

zbliżyliby się na tyle, by dowiedzieć się więcej. Podjazdów koczowników nie obawiał się

zbytnio, nie pierwszy raz w kilka koni bawiłby się z nimi w kotka i myszkę. Ale kowal

pozostawał nieugięty. Jeśli pojedziecie, mówił bardzo rozsądnie, będę musiał przekazać

wszystkim patrolom, że wyjechaliście na zewnątrz. Teraz sprawa jest jasna, widzą konnych,

strzelają i szarżują, ale gdy wy opuścicie karawanę, moi woźnice i łucznicy zaczną się wahać.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги