A to kosztuje. Będę niepotrzebnie tracił ludzi.

Niepotrzebnie. To było słowo, które mówiło wszystko. And’ewersa nie obchodziło, kto

jest przed nim. Nie potrzebował tych wieści; choćby nad tą rzeką czekał na niego Ojciec

Wojny ze wszystkimi siłami wolnych plemion, En’leyd nie zawróci ani nie zwolni. Być może

nie miał wyjścia, karawana tej wielkości mogła się tu przeprawić tylko przez jeden

dostatecznie rozległy bród, innymi przeciskałaby się pewnie przez miesiąc, a być może

chodziło o coś innego.

Key’la.

Nie znaleziono ciała, choć szukano dokładnie, i wszyscy wiedzieli, że została porwana i

najpewniej już nie żyje. Wśród Wozaków krążyły fantastyczne opowieści na jej temat i

Kocimiętka wcale im się nie dziwił, ludzie potrzebują symboli, bo choć w czasie obrony

poległy setki wojowników, to opowieść o małej dziewczynce, która ocaliła obóz i zapłaciła za

to najwyższą cenę, chwytała za serca, a dłoniom kazała szukać broni. Podobno na ochotnika

zgłosiła się do roznoszenia zapasów wzdłuż pierwszej linii obrony i biegała pod gradem

strzał, mając za osłonę tylko małą tarczę; podobno została ranna, ale nie zrezygnowała z

obowiązków; podobno to ona wymyśliła sztuczkę z fałszywym pożarem i podobno w czasie

szturmu przebiegła przez pole śmierci, a łaska Pani Stepów uchroniła ją przed wrogimi

pociskami. Podobno zmusiła dowódcę piechoty, by złamał rozkazy i rzucił ludzi do

kontrataku. A, do cholery, minęły tylko dwa dni. Za pięć dziewczynka stanie się awenderi

samej Laal, wcieleniem kawałka duszy bogini, która osobiście interweniowała, by ocalić

wiernych wyznawców.

Skrzywił się i ruszył naprzód, zjeżdżając ze wzgórza. To prawda, takie opowieści są

dobre dla armii, rozgrzewają krew i każą zapomnieć o własnym strachu. I, na Czarnogrzywą,

on sam przyłapywał się na tym, że gdy ich słuchał, coś łapało go za gardło. Jak każdy z

czaardanu znał rodzinę And’ewersa z Lithrew, nieraz podkuwał u niego konia, niejeden

gąsiorek osuszył z jego starszymi synami i samym kowalem. Czasem nawet przyniósł małej

kilka ciastek albo jakiś drobiażdżek, bo jak na dziecko w swoim wieku była bystra i dawała

się lubić. Ale jeśli nawet taki stary, cyniczny sukinsyn jak Sarden Waedronyk, zwany

Kocimiętką, pozwala sobie na wzruszenie, to co można powiedzieć o tych tysiącach

gołowąsów idących do bitwy?

Der’eko, jeden z jej braci, wyprowadzał swoje rydwany dalej niż jakikolwiek inny

Kanewey i wracał z tuzinami se-kohlandzkich trupów przywiązanymi za wozami. Wymieniał

tylko zranione konie, wyrywał strzały z burt rydwanów i wracał polować dalej. Na tyczce

przymocowanej do burty zatknął pęk zdobycznych hełmów, bogowie wiedzą, skąd mu to

przyszło do głowy, inni to skopiowali, a teraz jego Fala, idąc do ataku, do łoskotu kopyt

dokładała wściekły brzęk obijającego się o siebie żelaza. Wykuwał własną legendę i widać

już było, że jego woźnice pojadą za nim w ogień.

Co zresztą powiedzieć o samym En’leyd, którego wszyscy synowie wykpili się jak na

razie kilkoma powierzchownymi ranami, a najmłodsza córka została porwana i zakatowana

przez odwiecznego wroga? Kto ich prowadził do bitwy, doświadczony dowódca czy ojciec

szukający zemsty i odkupienia?

I gdzie, do ciężkiej cholery, był Laskolnyk?

* * *

Mimo wszystko wędrówka dała im w kość. Niektóre wozy odpadły, złamały osie lub

uszkodziły koła, a w takich wypadkach And’ewers był bezwzględny. Konie wyprzęgano,

niezbędne rzeczy przenoszono na inne pojazdy, a resztę palono, choćby to był najpiękniejszy

z rodowych wehikułów o ścianach z rzeźbionego drewna i szybach z kryształu. Jeśli jakiś koń

doznał w walce kontuzji lub rany, która go spowalniała, odprawiano krótki obrzęd i

powierzano go „łasce Laal”, czyli zostawiano na pastwę losu. Tu Wozacy okazywali się

pragmatyczni, skoro Pani Stepów dopuszczała, by na jej ziemiach żyły wilki, lisy, a czasem

nawet górskie lwy, to znaczy, że taki był jej zamiar i jeśli porzucone zwierzę padnie ofiarą

drapieżników, to z jej woli. Kocimiętka podziwiał ich też za to, że mimo własnych

zwyczajów, walcząc z konnicą, nie wahali się. Ich strzały i oszczepy położyły już tysiące

wierzchowców koczowników, a jedyną reakcją były krótkie modlitwy odmawiane co wieczór

po zatrzymaniu się.

Tak jak wczoraj wieczorem, gdy rozbijano obóz między wzgórzami. Główna karawana

rozsiadła się na szczycie największego z nich, zalegając tam niczym zmęczony, dyszący

ciężko zwierz, a na grzbietach sąsiednich wzniesień rozstawiono mniejsze obozy, które miały

strzec głównych sił przed niespodziewanym atakiem. Kocimiętka uważał, że to zbytek

ostrożności, jeśli koczownicy wpuścili ich tak głęboko, to nie po to, by ryzykować starcie w

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги