terenie, na którym łatwiejsza jest obrona niż atak. Obozowisko na szczycie wzgórza trzeba
atakować pod górkę, przyjmując grad pocisków i kontrataki rydwanów. Nie, jeśli teren, ku
któremu zmierzali, był taki, jakim go opisywano, czyli stanowił szeroką na kilka mil nieckę,
zamkniętą z trzech stron wzgórzami, a z czwartej rzeką, gdzie wszystko widać jak na dłoni, to
dowódca se-kohlandzkiej jazdy powinien przyjąć bitwę właśnie tam.
Poza tym... O tym nikt głośno nie mówił, ale każdy, kto miał oczy i rozum, widział, że
beczki z wodą wysychały w tempie błyskawicznym. To dlatego tak wielkie karawany nigdy
wcześniej nie poruszały się po Wyżynie. Między Olekadami a Lassą nie było strumyków,
studni ani źródeł, które mogłyby zapewnić im dość wody. Trzydzieści tysięcy ludzi,
trzydzieści tysięcy zwierząt, trudna wędrówka, ciągłe potyczki i starcia, w których zwierzęta
dają z siebie wszystko. Konie Verdanno należały do bardzo odpornych na głód i pragnienie,
ale to znaczyło jedynie tyle, że mogły wytrzymać nieco więcej niż zwykłe, zwłaszcza że
pracowały ciężej niż zwykłe. Każdy wypijał od ośmiu do piętnastu galonów wody dziennie,
szczególnie konie bojowe, zaprzęgane do rydwanów i odbywające dalekie rajdy.
Sześćdziesięciogalonową beczkę zaprzęg rydwanu osuszał w dwa dni. A takich zaprzęgów
były tysiące. Tak wielkie karawany muszą się poruszać małymi skokami, od wodopoju do
wodopoju, narzucając bezwzględny reżim w sprawie wody, można nieco przedłużyć ich
życie, ale tylko o kilka dni. Coś za coś, siła w zamian za uzależnienie od pragnienia.
Tak naprawdę przebicie się do rzeki było dla Wozaków sprawą życia lub śmierci,
obliczyli zapasy wody tak, że albo uzupełnią je nad Lassą, albo zginą. I nawet jeśli
koczownicy nie dysponowali tak szczegółową wiedzą, to mieli przecież rozum i
doświadczenie. Wiedzieli, że ich zadaniem jest tylko nie dopuścić wozów do wody. Nawet
nie musieliby staczać bitwy, wystarczyło przetrzymać Verdanno kilka dni w oblężeniu.
Kocimiętka siedział już na koniu razem z resztą swoich. Nie, pomyślał, obserwując
zwijanie obozowiska i ustawianie się w szyku. Ta bitwa się odbędzie. Za bardzo wszyscy jej
pragną. Czują, że to już wkrótce, i nie mogą się doczekać.
Zeszłego wieczoru potwierdziło się ostatecznie, że z koczownikami Danu Kreda są
Sahrendey, więc obóz będzie musiał walczyć z dwoma Synami Wojny naraz. Ale to zupełnie
im nie przeszkadzało, co więcej, pragnęli tego. Część rydwanów pojechała już naprzód i
znikła za grzbietem najbliższych wzgórz, część rozciągnęła się w linię chroniącą karawanę,
lecz większość zajęła pozycję wewnątrz Pancernego Węża. Głębokie kolumny ustawiały się
między wozami mieszkalnymi, gotowe do nagłego wypadu.
Szykowano się do bitwy i niech Laal spojrzy na nich łaskawym okiem.
Popędził konia w stronę wozu And’ewersa.
wezwaniom dowódcy karawany się nie odmawia. Poza tym oficjalnie płacił im za usługi,
nieprawdaż? Niiar, Landeh, Janne, Lea i Veria pokłusowali za Kocimiętką. Nie musiał
wydawać żadnych rozkazów, wszyscy uzbroili się jak do bitwy, pancerze, hełmy, miecze,
szable, topory i łuki. Całą piątka wiedziała równie dobrze jak on, że jeszcze dziś czeka ich
prawdziwa walka.
Kowal przyjął go w jadącym wozie, gdzie naradzał się jeszcze z Awe’awerohem
Mantoru, który na widok Kocimiętki skinął lekko głową i posłał mu coś na kształt uśmiechu.
przyjmował rozkazy And’ewersa, potakując co chwila i rzucając po kilka słów. To był
uspokajający widok, najwyraźniej przed bitwą hierarchia dowodzenia przyjmowała
odpowiedni kształt.
Po chwili dowódca Fal skłonił się lekko i opuścił toczący się wóz, niemal od razu
wskakując na jadący obok rydwan. Woźnica strzelił lejcami i znikli w tumanie kurzu.
– Gorąco i sucho – skwitował ten widok kowal, wskazując Kocimiętce miejsce naprzeciw
siebie. – Dawniej wiosny były tutaj bardzie mokre.
And’ewers przeszedł na meekh tak naturalnie, jakby kontynuował przerwaną przed
chwilą rozmowę.
– Zeszłego roku mieliśmy długie lato i gorącą jesień, teraz mamy wczesną i upalną
wiosnę, zdarza się. – Jeździec przytaknął. – Po co nas wezwałeś?
Zmierzyli się wzrokiem. Kocimiętka lubił kowala, bo chłop potrafił wypić, a jak przyszło
komuś w mordę dać, to nieszczęśnik od razu nakrywał się nogami. Ale teraz siedział przed
nim
bandycie budził się żołnierz i oficer. Przyjął mniej swobodną postawę.
– Podziękowałem wam już za wykrycie pułapki? – zapytał kowal.
– Pewnie tak. Nie wracajmy do tego.
– Dobrze. Nie wracajmy. – And’ewers pokiwał głową. – Wiesz, gdzie jest Laskolnyk?