To pytanie go zaskoczyło. Nie wypowiadał swoich obaw głośno, ale do tej pory miał

cichą nadzieję, że przynajmniej dowódcy karawany orientują się w planach kha-dara. W

końcu zaufali mu na tyle, że wzięli udział w tym całym szaleństwie.

– Nie. A wy? Też nie?

– Nie. Od miesiąca nie dał znaku życia. Ale robimy, co musimy. Więc dzisiaj stanę

przeciw dwóm Synom Wojny i będę próbował ich powstrzymać. Powstrzymać, nie pokonać,

bo nie wierzę w możliwość pokonania ich tym, co mam.

Po raz pierwszy powiedział to głośno.

– Nie pokonam ich – kontynuował po chwili – ale mogę zatrzymać.

– Ile czasu?

– Kilka dni... może dłużej. Wystarczająco, by reszta zdążyła zejść z gór. Plany się

zmieniły...

Tak. Tak bywa na wojnie. Możesz mieć najpiękniejsze plany kampanii, ale przeciwnik

nigdy nie robi tego, czego oczekujesz. Kocimiętka pamiętał to z czasów wojny, bitwy o

Meekhan, a nawet Długiego Pościgu. Sytuacja na polu bitwy zmieniała się wtedy z godziny

na godzinę, wroga nigdy nie było tam, gdzie się go spodziewano, własne oddziały spóźniały

się lub przybywały za wcześnie, jeden zerwany most mógł przesądzić o wyniku całego

starcia. Jedynie ci, którzy znali wojnę tylko z opasłych ksiąg poświęconych wojskowości,

uważali ją za coś, co można zaplanować i kontrolować. Rzecz jasna, jak się pisało księgi po

wojnie, to każdą decyzję dowódców dawało się uzasadnić, wyjaśnić i umotywować.

Uśmiechnął się tylko.

– Jak długo planujemy się utrzymać?

– Kilka dni. Dłużej, jeśli przebijemy się do rzeki. Nie zaryzykuję przeprawy z

koczownikami na karku, ale Lassa powinna osłonić nas choć z jednej strony.

– I dostarczyć wody?

– Tak. I dostarczyć wody.

Wymienili spojrzenia. Obaj byli zbyt starzy, żeby się oszukiwać.

– A jak nie dotrzecie do rzeki?

– Trzy dni. Jeśli będziemy oszczędzać, pięć. Koniom, które nie będą musiały ciągnąć

wozów, zmniejszymy racje. A ludzie wytrzymają dłużej niż zwierzęta. Obóz Aw’lerr

powinien już zejść z gór, za dwa dni na Wyżynie będzie Saro’deh, za pięć, sześć reszta.

Musimy się utrzymać do tej pory.

Choć ten plan wyglądał na rozsądny – bo logiczne wydawało się, by zatrzymać siły obu

Synów Wojny w tym miejscu, i tym samym dać reszcie Wozaków czas na sforsowanie gór –

to Kocimiętka miał przeczucie, że chodzi o coś innego. Za duża była zaciekłość, z jaką

Verdanno szli do tej bitwy. No i za łatwo koczownicy wpuścili ich tak głęboko na Wyżynę.

Przebyli już prawie siedemdziesiąt mil, a jedyny opór, na jaki natrafiali, to małe patrole i

niezbyt liczne oddziały, z którymi rydwany radziły sobie bez większych kłopotów. Przez

ostatnie dwa dni straty Fal nie sięgnęły stu załóg. Każdy, kto miał oczy, a w głowie zamiast

garści krowiego łajna rozum, widział, że to wciąganie w pułapkę. Być może koczownicy taki

właśnie mieli plan, wciągać obozy pojedynczo w głąb Wyżyny i likwidować je jeden po

drugim, po kolei. Być może liczyli na pragnienie i kłopoty z wodą; jeśli wiosna okaże się

równie upalna jak poprzednie lato, Se-kohlandczycy będą musieli tylko cofać się, zatruwając

źródła i trzymając Verdanno z dala od większych rzek. Być może chodziło o jeszcze coś

innego.

Maycha powinna się nazywać Panią Przypuszczeń i Domysłów, a nie Panią Wojny.

Ale cóż, obóz New’harr nie miał innego wyjścia. Zawrócenie oznaczałoby oddanie

inicjatywy w ręce koczowników. I wędrówkę sześćdziesiąt mil na zachód z kurczącymi się w

oczach zapasami wody.

– Może spadnie deszcz? – rzucił Sarden, choć sam w to nie wierzył.

– Taaaak. – Kowal przeciągnął sylabę, po raz pierwszy patrząc na niego z jawną kpiną. –

Może.

Jak ktoś ma czarowników, którzy czerpią swą Moc z duchów tej ziemi, to wie, czy niebo

zapłacze.

– Ale nie po to cię wezwałem. – And’ewers spochmurniał. – Jedziemy do bitwy, która

was nie dotyczy. Pomagaliście karawanie w Imperium i w górach, pojechaliście z rydwanami

na południe, nie musicie jechać dalej.

Kocimiętka pozwolił sobie na kwaśny uśmiech.

– Chcecie nas zostawić? W stepie pełnym koczowników? Nie przeżyjemy godziny.

– To mówi ktoś, kto wczoraj pchał się na czoło, zapewniając, że wywiedzie w pole

samego Ojca Wojny, jeśli by tu był?

– To było wczoraj. Dziś jesteśmy bliżej wroga.

– Ledwo ruszyliśmy się z miejsca.

– Może, ale...

Kowal uniósł dłoń.

– Chcę, żebyście znaleźli Laskolnyka. I powiedzieli mu, że gdy będzie źle, zrobimy

Martwy Kwiat. Będzie wiedział, co to znaczy.

To kończyło głupie przegadywanie się. Oczywiście pozostawało jeszcze jedno pytanie.

– Ta wasza wyżyna to kawał ziemi. Skąd wiesz, że on tu jest?

– Bo obiecał.

No tak. Obiecał. Wiara, jaką Wozacy pokładali w Laskolnyka, była wręcz mistyczna. I w

gruncie rzeczy nie różniła się od tej, którą miał Kocimiętka, w końcu inaczej by go tu nie

było.

– Obiecał nam pomoc – powiedział And’ewers. – Obiecał konnicę, która wesprze nasze

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги