koła. Najemników, wolne czaardany, zabijaków, którzy będą walczyć za nasze złoto.

Dziesięć, piętnaście tysięcy szabel, dzięki którym zwiększą się nasze szanse. Nie jesteśmy tak

szaleni, jak sądzisz. Nawet teraz możemy pokonać koczowników, wyprzeć ich na południe,

ale za jaką cenę? Tracąc połowę naszej młodzieży? Mamy być jak ten szaleniec, który chcąc

się pozbyć szczurów z wozu, spalił go doszczętnie? Chcemy odzyskać nasz dom i go

utrzymać, a tego nie zrobimy bez konnicy. Bez najemników. Nikomu innemu na całych

Stepach nie udałoby się zebrać takiej siły w ciągu dziesięciu czy dwudziestu dni, ale jeśli

Szary Wilk zawyje, wataha zbiegnie się od razu. Ludzie pójdą za Laskolnykiem, przecież

wiesz.

Wiem – Kocimiętka skinął głową – gdyby kha-dar rzucił hasło, wieść pomknęłaby przez

przygraniczne prowincje jak pożar po suchym stepie. Pojechać pod dowództwem Genno

Laskolnyka przeciw koczownikom? I jeszcze dostać za to wozackie złoto? W kilka dni

zebrałoby się z dziesięć, a w kilkanaście ze dwadzieścia tysięcy ludzi, czaardany, najemnicy,

wojownicy plemion zaprzyjaźnionych z Imperium, nawet cesarski rozkaz by ich nie

powstrzymał. Pod warunkiem że Cesarz nie popiera tych planów, prawda? To takie proste.

Jeśli plany się powiodą, Imperium pogratuluje Verdanno i wyśle ambasadorów; jeśli nie,

Meekhan nie odpowiada za bunt Wozaków i najemne bandy, które ci opłacili. A Laskolnyk?

Toż on nie pełni żadnej funkcji w cesarstwie, jest tylko znudzonym byłym wojskowym

bawiącym się w stepowego watażkę.

Kocimiętka poczuł, jak szeroki uśmiech wykrzywia mu twarz. Jeśli chodzi o intrygi i

podstępy, mało kto może dorównać imperialnej dyplomacji.

– Obiecał nam konnicę. – Kowal podrapał się po policzku, ignorując minę kawalerzysty.

– Na wieść, że przechodzimy góry, miał ją wprowadzić od południa, przez Stepy na Wyżynę.

Mieliśmy się spotkać u podnóża gór, ale koczownicy pokrzyżowali nam plany. To przede

wszystkim dlatego posłałem rydwany na południe, żeby się z nim połączyć.

Spojrzenie kowala stało się natarczywe.

– Nie powiedział ci o tym, prawda, Sarden?

– Powiedział, że się spotkamy, to wszystko.

Dla byłego żołnierza takie rzeczy są oczywiste. Laskolnyk to generał. A generałowie nie

tłumaczą swoich planów każdemu porucznikowi, którego mają pod sobą. Zwłaszcza takiemu,

którego wysyłają na teren wroga i który mógłby zostać złapany. Kocimiętka zauważył tę

przemianę dowódcy już kilka miesięcy temu. Im bliżej wiosny, tym mniej było w Laskolnyku

kha-dara, a więcej oficera. Genno stał się bardziej skryty, nie wyjaśniał swoich decyzji,

wydawał rozkazy, a oni wykonywali je, nie pytając o nic. Czaardan płynnie zmienił się z

bandy stepowych zabijaków w oddział wojskowy. No cóż, jemu osobiście akurat to

odpowiadało.

– Jeśli masz do swojego kha-dara aż takie zaufanie...

– Nie mniejsze niż ktoś, kto sprowadził tu całą swoją rodzinę.

Błąd. Cholera, cholera, cholera! Niech najbardziej parszywy z wszystkich demonów

Mroku nasra na mój bezmyślny jęzor!

And’ewers nie zmienił wyrazu twarzy. Zatrzeszczało tylko, gdy powoli rozprostował

palce.

– Poszukacie go? Dla nas? – głos kowala był spokojny, jakby rozmawiali o wczorajszej

pogodzie. – Jeśli poślę na tyły rydwany, nie ujadą kilku mil. Wiem, że koczownicy mają tam

swoje patrole. Ale ty i twoi ludzie... Has i Orne twierdzą, że potraficie je ominąć. Pojedziecie?

Głupie pytanie.

Wyruszyli bez słowa. Niiar poprawił tylko tarczę na plecach, Landeh otworzył manierkę i

wylał kilka kropel wina na grzywę swojego konia, na szczęście. Lea skrzywiła się i odcięła

toboły wiszące po bokach siodła. Walnęły o ziemię i tak zostały.

Znaleźć Laskolnyka. Z ich talentami nie powinno to być aż tak trudne, jeśli kha-dar

rzeczywiście prowadził na Wyżynę kilkanaście tysięcy koni, Janne powinien wypatrzyć go

ptasimi oczyma, a Lea wyczuć. Co prawda sytuacja w ciągu ostatnich dni zmieniała się kilka

razy, więc mógł po prostu nie wiedzieć, co się dzieje, ale to, że nie próbował do tej pory

skontaktować się z Wozakami, nie wróżyło dobrze. Zgodnie z pierwotnymi planami

Verdanno powinni właśnie umacniać pod górami wielki obóz, spod którego powoli ruszałaby

pierwsza karawana. Tymczasem obóz New’harr był już siedemdziesiąt mil od Olekadów i

szedł na spotkanie dwóch Synów Wojny.

Cholera jasna, potrzebowali Laskolnyka, nawet jeśli prowadziłby tylko pięćdziesiąt koni.

Minęli ostatnie wozy i ruszyli w wędrówkę po wzgórzach. Landeh uniósł wyżej

zdobyczną lancę z kawałkiem czarnej szmaty na szczycie. Dopóki w pobliżu znajdują się

rydwany pełne gorącogłowych szczeniaków, lepiej być widocznym z daleka. I mieć nadzieję,

że szczeniaki pamiętają, że dzisiaj ten sygnał znaczy – najpierw pytaj, potem szarżuj.

Rozdział 7

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги